Strona główna Finanse Prowizja zwaliła go z nóg. Bank wykończył polskiego emeryta

Prowizja zwaliła go z nóg. Bank wykończył polskiego emeryta

0
Prowizja zwaliła go z nóg. Bank wykończył polskiego emeryta

Przez wiele lat byłem obiektem „ataków” ze strony banków i firm pożyczkowych, których przedstawiciele oferowali mi bardzo atrakcyjne, zazwyczaj na warunkach promocyjnych, kredyty. Jakoś tak się szczęśliwie składało, że nie potrzebowałem ich pomocy. W tym roku trafiło jednak i na mnie. Na tzw. gardłową sprawę, tj. szybki zakup mieszkania (wydawało się, że idealna okazja), dla członka mojej rodziny trzeba było zaciągnąć kredyt i to znacznie przewyższający kwotę 100 tys. zł. Pierwsze, co przyszło do głowy, to prośba o prywatną pożyczkę u bogatych znajomych. Niedawno deklarowali – wprawdzie przy kielichu, ale jednak – głęboką wdzięczność za pomoc, długoletnią przyjaźń i zapewniali, że można na nich liczyć, także finansowo. Szybko jednak zostałem sprowadzony na ziemię. Ów „przyjaciel” oznajmił, że w momencie, gdy ja będę potrzebował pieniędzy, on ich prawdopodobnie nie będzie miał. A moje zapewnienia o gwarancjach w postaci atrakcyjnego mieszkania, w którym mogłaby mieszkać jego córka (studiująca na uczelni za miedzą), okazały się nieważnymi. Myślał, że moje potrzeby będą rzędu 3-5 tys. zł, ale „stówy” nie wygrzebie, chociaż wiem, że dla niego ta suma znaczy mniej niż dla mnie 1 000 zł.
Przedwczesna radość
Tak się jednak złożyło, że bank obsługujący moją kartę kredytową (uważam, że warto ją mieć, ale tam, gdzie nie doliczają kosztów obsługi…) zapragnął mojej wizyty, aby – jako stałemu klientowi – zaproponować wyższą kwotę kredytu na tej karcie oraz (sic!) atrakcyjnie oprocentowany kredyt, i to nawet na 6 lat. Pomyślałem: dobrze znają historię mojego rachunku, wiedzą, jak jestem solidny, wiedzą, że mam stały dochód, tj. emerytura, więc zaoferują coś ekstra. Po pytaniu o oprocentowanie, gdy usłyszałem, że przy 100 tysiącach zł, na 6 lat wyniesie ono 16% rocznie, jeszcze nie załamałem się. Pomyślałem: te stopy NBP są wprawdzie na poziomie 2,5-3%, ale banki muszą zarabiać. Tak dla porządku zapytałem jednak: prowizji już nie pobieracie? Usłyszałem: pobieramy, lecz zaledwie 4%. Acha – pomyślałem, to już nie otrzymam 100 tys., a jedynie – 96 tys. zł. O nie, za darmo nie oddam tych 4 tys. zł, bo ja zamierzam ten kredyt spłacić w ciągu pół roku, po zbyciu mieszkania. To nie był jednak koniec mojej przygody z tym zarabiającym na mnie przez lata bankiem. Po tygodniu zadzwoniła pani z pobliskiej domowi placówki i poinformowała, że mają dla mnie ofertę promocyjną. Polegała ona na tym, że odsetki obniżono z 16 do ok. 10%, ale za to prowizja wzrosła do 6%. Tym bardziej zrezygnowałem. Gdy odbierałem dokumenty nowej karty kredytowej, otrzymałem ofertę kredytu na poziomie 20 tys. zł, przy spłacie w 4 lata, odsetkach 9,9%, ale prowizji 1 700 zł. Już nie zapytałem o całkowity koszt tego kredytu intensywnie reklamowanego w telewizji, bo prowizja zwaliła mnie z nóg.
„Firmowo-hipoteczna” przygoda
Pomyślałem jednak. Mam przecież jednoosobową firmę, a tyle jest ofert kredytowych dla firm. Poszedłem do placówki, w której mam firmowe konto. Zapowiedziałem, że planuję rozszerzyć działalność. Urzędnik długo liczył i zaproponował mi pożyczkę rzędu… 3 500 zł. O odsetki już nie pytałem. Obok tego banku była jednak komercyjna firma kredytowa. Powiedziałem sobie: idę na całość. Dysponuję przecież całorocznym domem na wsi z pięknym ogrodem. Ubezpieczam go na 150 tys. zł, ale jego wartość, dzięki ogrodowi, może być szacowana na znacznie wyższą kwotę. Może pod tzw. hipotekę, ale już nie o 100, a o 150 tys. zł zawalczę. Doradca uprzedził, że trzeba będzie trochę poczekać (potrzebna wycena), a upragnione półtorej stówki mogę otrzymać, i to na 6 lat. Po wyliczeniach odsetek i wysokości rat okazało się jednak, że jedna rata kredytowa wyniosłaby, bagatela, 4,5 tys. zł. Tyle jednak miesięcznie rzadko zarabiam – włącznie z firmą. Przejeżdżając jednak obok reklamującego swoje kredyty banku z zadłużonego kraju UE, postanowiłem i tam popytać. Odsetki były nawet atrakcyjne (12-14%), prowizji brak, ale kredyt trzeba ubezpieczyć. Koszt tego ubezpieczenia wynosi „zaledwie” kilkanaście procent, co dawało łączny koszt kredytu na poziomie 23% rocznie. Pociecha, że ubezpieczenie spłaca się przez cały czas – chyba 6 lat.
Wybawca
Na szczęście wstąpiłem do banku, w którym gromadziłem małe, ale jednak, oszczędności. Zaproponowano mi – uwzględniając moje dochody – kredyt o wartości 100 tys. zł, który będę spłacał aż przez 8 lat, z ratami miesięcznymi w wysokości 1 560 zł (średnie odsetki blisko 11%). Łączny koszt kredytu wyniesie ok. 46 tys. zł, ale nie był potrzebny żaden ubezpieczyciel, poręczyciel czy inne zabezpieczenie. Wystarczył wyciąg z ZUS dotyczący mojej przyzwoitej emerytury. A posiadanie jednoosobowej firmy okazało się wadą. Wtedy padają podejrzenia, że przez firmę powstało zadłużenie i nieudanemu przedsiębiorcy nie pomaga się. Na szczęście eksperci szybko ustalili cel mojego zadłużenia i w ciągu 48 godzin od podpisania umowy pieniądze, pełne 100 tys. zł, były na moim koncie.