Debata na temat długookresowej równowagi I filaru Funduszu Ubezpieczeń Społecznych odbyła się w siedzibie Pracodawców RP. Uczestnicy dyskusji zastanawiali się nad tym, czy w kontekście dynamicznych zmian demograficznych, jakie w najbliższych latach czekają Polskę potrzebne jest szybsze podnoszenie wieku emerytalnego i zmiana sposobu waloryzacji.
– Zgodnie z dokumentami Komisji Europejskiej odwrócenie reformy emerytalnej z 1999 roku w chwili obecnej odciąży budżet, ale nie rozwiąże problemu i w dłuższym okresie niesie ze sobą spore ryzyko – mówił Piotr Kamiński, wiceprezydent Pracodawców RP. – W okresie kampanii wyborczych tematy związane z emeryturami są chętnie podnoszone przez polityków – głównie w kontekście obietnic dotyczących łagodzenia systemu. – Politykom oczywiście łatwo jest o tym mówić. Ale problem polega na tym, że trzeba to jeszcze jakoś sfinansować.
Lepiej nie będzie
Podobnego zdania był Paweł Wojciechowski, główny ekonomista Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, były minister finansów. Stwierdził on, że systemu emerytalnego nie da się oddzielić od finansów państwa, a trwałe zbilansowanie FUS jest nierealne przy obecnych założeniach systemowych. Potwierdził też, że dane wskazują na to, iż kolejne poważne problemy mogą się pojawić już za 25 lat.
Zdaniem uczestników spotkania po ostatnich zmianach wydolność systemu się poprawia i stabilizuje. Z przeprowadzonych analiz wynika jednak, że w dłuższym okresie starzenie się społeczeństwa może mieć dramatyczne skutki dla budżetu państwa, ale nie w części emerytalnej, tylko w części nakładów związanych z wydatkami na opiekę zdrowotną osób starszych. Z analiz, jakimi dysponuje ZUS, wynika, że jeśli do systemu nie zostaną wprowadzone żadne korekty, to po roku 2040 podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat może się okazać niewystarczające.
– W tej chwili to optymalne rozwiązanie, ale być może trzeba będzie podyskutować nad tym, czy wraz ze starzeniem się społeczeństwa nie trzeba będzie szybciej podnosić wieku emerytalnego – zastanawiał się Marek Bucior, wiceminister pracy i polityki społecznej. – Ewentualne kolejne zmiany na pewno powinny być wprowadzane powoli i spokojnie, przy akceptacji społecznej i politycznej. Wiele okaże się w przyszłym roku, bo na 2016 rok zaplanowano pierwszy przegląd stanu systemu po zmianach.
Potrzebne są korekty
Aleksandra Wiktorow, rzecznik ubezpieczonych i była wiceminister pracy odpowiedzialna za reformę emerytalną z 1999 roku była zdania, że w tej chwili nie ma potrzeby dyskusji o szybszym podnoszeniu wieku emerytalnego. Również ona podkreślała, że waloryzacja w obecnej formie wymaga korekt. – Nie rozumiem np., dlaczego emerytury z KRUS mają zależeć od sytuacji w przedsiębiorstwach, skoro jest to osobny system – stwierdziła. Jej zdaniem powinna również zostać wyznaczona górna granica podnoszenia emerytur mundurowych.
Zdaniem Pawła Wojciechowskiego wszelkie zmiany waloryzacji powinny być wprowadzane ostrożnie i rozłożone w czasie. Owszem, istnieje problem bardzo niskich emerytur dla osób, które dziś płacą niskie składki ZUS, zwłaszcza tych zatrudnionych na tzw. elastycznych zasadach. Ale podniesienie poziomu emerytur minimalnych poprzez zmianę systemu waloryzacji może być bardzo kosztowne. Projekcje ZUS pokazują, że sama zmiana waloryzacji emerytur minimalnych z obecnej płacowo-cenowej na płacową oznaczałaby dodatkowy koszt dla budżetu w wysokości ok. 25 mld zł w roku 2060 i objęłaby dodatkowo ok. 2,4 mln osób.
– Niestety ciągle istnieje ryzyko niewydolności systemu. W tym kontekście dyskutuje się czasem o tym, co jest sprawiedliwe, a brakuje rozmowy na temat tego, co jest możliwe. A bywa, że są to dwa różne światy – stwierdziła Monika Gładoch, doradca prezydenta Pracodawców RP.
Także Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP, zauważył, że matematyka jest nieubłagana. – Jeśli w kolejnych latach system emerytalny – a co za tym idzie: finanse państwa – ma zachować równowagę, to albo emerytury muszą być znacząco niższe, albo potrzebne będzie dalsze stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego.
Już teraz otwarcie zaczyna się na ten temat rozmawiać w krajach skandynawskich. W obecnych warunkach w Polsce nie jest też możliwe, by w miarę wysoki poziom świadczeń udało się uzyskać w przypadku kobiet, które żyjąc dłużej, zazwyczaj zarabiają mniej, a często mają też przerwy w pracy z powodu opieki nad dziećmi. To zaś oznacza dla nich mniej odprowadzonych składek, a w konsekwencji niższe świadczenia na starość.
Będziemy pracować do grobowej deski?
Uczestnicy dyskusji zastanawiali się nad tym, czy z powodów ekonomicznych, politycznych i demograficznych obecny system w ogóle się utrzyma. Czy gdyby nawet doszło do dalszego przesunięcia granicy przejścia na emeryturę (w Skandynawii mówi się o 70. lub wręcz 75. roku życia), to dla takich osób będzie praca? A być może nie będzie innego wyjścia i trzeba będzie pójść w kierunku tzw. emerytur obywatelskich, które w zamian za gwarancję wypłaty będą znacząco niższe, a finansowanie ich zapewnią np. wpływy z podatku VAT.
Uczestnicy spotkania doszli do smutnych, ale niestety, realnych wniosków, że jeśli budżet ma utrzymać stabilność, w perspektywie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat z pewnością nastawić się trzeba na aktywność zawodową do późnej starości, a na emeryturze – raczej na skromne świadczenia. Najgorszy zaś w tym wszystkim jest fakt, że racjonalna rozmowa o emeryturach nie styka się z polityką.
Na podstawie materiałów Pracodawcy RP opracował Krzysztof Paweł Wojtowicz