Znaleźć i ukarać
– Nie miałem większego wyboru, musiałem zamknąć moją działalność – mówi Marcin Kita, jeszcze niedawno z powodzeniem prowadzący sklep z farmaceutykami. – Zatrudniałem trzech pracowników, regularnie płaciłem podatki i składki do ZUS-u, nie zalegałem z żadnymi opłatami, ale w trakcie kolejnej kontroli z urzędu skarbowego w papierach znaleziono jakąś podatkową zaległość, a raczej niedopłatę, sprzed czterech lat. Za niewielką kwotowo zaległość nałożono wielką karę, tak, że odechciało mi się prowadzić biznes. Nie jestem złodziejem, by mnie tak traktować. Znalazłem etatową pracę w firmie i mam spokój. Dopóki biznes będzie w Polsce przez fiskusa traktowany jak banda złodziejów, to do niego nie wrócę.
Rozgoryczeniu byłego polskiego przedsiębiorcy trudno się dziwić, szczególnie iż starał się on uczciwie prowadzić swoją firmą, a błędy zawsze się mogą zdarzyć. Według oficjalnych medialnych zapewnień przedstawicieli naszego rządu urzędy skarbowe powinny przedsiębiorcy pomagać w ich usuwaniu, a nie karać. Wyraziła to w jednym ze swoich wystąpień premier Ewa Kopacz, mówiąc o konieczności zmiany relacji podatnik–urząd skarbowy. – Muszą zniknąć urzędnicze absurdy zatruwające życie uczciwym przedsiębiorcom – najważniejsze jest, by zmienić relacje między urzędnikiem a podatnikiem – państwo musi zbierać, a nie zabierać podatki. Czasami mam wrażenie, że nie do wszystkich urzędników to dociera – stwierdziła premier.
Takie słowa szefa rządu powinny być miodem na serce nie tylko przedsiębiorców, ale każdego Polaka, który ma prawo obawiać się pazerności rodzimego fiskusa. Jednak słowa sobie, a życie sobie, bo, jak pokazuje praktyka, jest zupełnie odwrotnie – urzędy skarbowe są wyposażane przez swoich zwierzchników w instrukcje i uprawnienia do ściągania od obywateli i przedsiębiorców wszelkich możliwych pieniędzy. Nieoficjalnie mówi się, że jest to jedno z założeń ratowania polskiego budżetu w 2016 roku. Obywatele znów mają zapłacić za błędy i niekompetencje urzędników. Dlatego kontrole mają być coraz częstsze i skuteczniejsze, a urzędnicy powinni w każdy możliwy sposób znajdować podatkowych oszustów. „Mało wydajni” kontrolerzy będą finansowo karani, a nawet usuwani z pracy.
Kontrolerzy jak stachanowcy
Należy zmienić tok myślenia w sprawie kontroli podatkowych – nie ma kontroli w celach prewencyjnych, kontrola ma przynosić wpływy budżetowe. Ministerstwo Finansów dokonało również analizy podmiotowej urzędów skarbowych. Te, które będą miały najwyższy procent kontroli negatywnych w skali kraju, zostaną pozbawione pracowników kontroli podatkowej (pozostanie tam np. jedynie dwóch kontrolujących). (…) Bardzo istotna jest skuteczność kontroli izb skarbowych, w Opolu kształtuje się obecnie na poziomie ok. 46 proc., jest to zbyt niski wskaźnik, docelowo ma być – 80 proc. (aż się dziwię, że nie 200 proc.). Są to fragmenty z protokołu z narady naczelników urzędów skarbowych województwa opolskiego z 4 listopada 2014 r. w Izbie Skarbowej w Opolu, które ujawnił mediom Ryszard Petru, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich.
Ta i podobne informacje sprawiły, iż środowisko biznesowe postanowiło zareagować. Związek Pracodawców i Przedsiębiorców złożył przeciwko ministrowi finansów Mateuszowi Szczurkowi i odpowiedzialnemu w resorcie za pracę US wiceministrowi Jackowi Kapicy doniesienie do prokuratury o podżeganie do popełnienia przestępstwa. Pracodawcy RP oficjalnie wystąpili w liście otwartym do premier Ewy Kopacz z żądaniem jak najszybszego uchwalenia proponowanych przez prezydenta Bronisława Komorowskiego zmian w ordynacji podatkowej. Dotyczą one wątpliwości pojawiających się w trakcie kontroli podatkowych – powinny być one rozstrzygane na korzyść podatnika. Dzisiaj ponad 70 proc. budżetu państwa jest wypracowywane przez małe i średnie firmy. Jednocześnie firmy te najczęściej nie korzystają z profesjonalnej pomocy prawnej i doradztwa podatkowego, które umożliwiają tzw. optymalizację podatkową, czyli płacenie mniejszych podatków. To właśnie tacy pracodawcy najczęściej padają ofiarą organów kontroli skarbowej – podkreślono w tym piśmie.
Trudno się dziwić tym słowom, gdyż praktyki działań urzędów skarbowych najlepiej pokazują, iż podejście urzędników do kontroli jest jednoznaczne – znaleźć i ukarać, i nie martwić się o konsekwencje dla firmy. Przykładów jest sporo chociażby znana od lat sprawa prezesa Romana Kluski, którego oskarżono o malwersacje podatkowe i przez to musiał zamknąć znakomicie rozwijającą się polską firmę komputerową Optimus. Po latach Klusce przyznano rację, ale zamiast rozwijać polski przemysł komputerowy, hoduje on kozy i produkuje zdrową żywność. Innym przykładem jest głośna sprawa kwestionowania przez Ministerstwo Finansów rozliczeń podatkowych firm, które kilka lat temu straciły pieniądze na opcjach walutowych, wiele z tego powodu upadło, a inne walczą o przetrwanie.
Waluta za opcje
W 2008 roku, gdy złoty gwałtownie się umacniał, przedsiębiorstwa sprzedające swoje usługi bądź towary za waluty obce zawierały z bankami umowy o kupno tzw. opcji walutowych. Polegały one na utrzymywaniu stałej wartości waluty w określonym czasie niezależnie od wahań kursowych. Początkowo był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę – wszyscy na tym zyskiwali. Jednak gwałtowne i niespodziewane osłabienie polskiej waluty (wbrew prognozom rządowym i ekspertów ekonomicznych, które zakładały długotrwały trend umocnienia złotego) sprawiło, iż firmy, które wykupiły większe ilości opcji, nie zyskały, lecz straciły ogromne sumy. W sumie straty polskich przedsiębiorstw na tej operacji są liczone w miliardach złotych – szacunkowo ponad 40 mld zł. Same spółki notowane na warszawskiej giełdzie straciły 9 mld zł.
W firmach nastąpił nagły kryzys finansowy. Sprawił on, że część z nich po prostu zbankrutowała. Większość dzięki oszczędnościom, nowym rynkom zbytu, wchodzeniu w układy korporacyjne i innym działaniom biznesowym w ciągu kilku lat uregulowała swoje długi i wróciła na ścieżkę biznesowego rozwoju. Wtedy w ramach „pomocy” zaczęli je nachodzić urzędnicy z kontroli skarbowych i analizować dokumenty, sprawozdania z tamtego okresu, uznając, że firmy źle zaliczały koszty opcji walutowych, umieszczając je w rubryce kosztów działalności gospodarczej. Przedstawiciele polskiego fiskusa zażądali właściwego opodatkowania tego, co uznano za straty. Problem długu powracał, a z nim kolejne widmo bankructwa.
– Czy urzędy skarbowe odzyskają pieniądze, jeśli kontrolowane w ten sposób firmy padną? Moim zdaniem minister finansów Mateusz Szczurek powinien wprowadzić obowiązkowe zajęcia logicznego myślenia dla swoich pracowników – powiedział na spotkaniu z dziennikarzami Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawcy RP.
I trudno mu nie przyznać racji, gdyż znów nieuzasadniona pazerność polskiego fiskusa może sprawić, iż wiele firm zbankrutuje.
Bankructwo między innymi grozi ciągle jeszcze Zakładom Magnetyzowym Ropczyce SA, które po wykonaniu ogromnej pracy nie upadły mimo strat, jakie przyniosły im zakupione opcje walutowe. Udało się jej przetrwać dzięki umowie z bankiem o rozłożeniu spłat na raty oraz drastycznemu programowi oszczędnościowemu, który wprowadził zarząd. Nadszedł wreszcie moment, kiedy to o kłopotach już można było zapomnieć, gdyż wszystkie straty zostały pokryte. Wtedy firmą zainteresował się Urząd Kontroli Skarbowej z Rzeszowa. Kontrolerzy postanowili sprawdzić, jakim to sposobem firmie udało się uniknąć bankructwa. Spółka Ropczyce rzeczywiście poniosła straty i mając straty nie płaciła podatku dochodowego – co jest zgodne z polskimi zasadami podatkowymi. Mało tego: duże straty z jednego roku, rozliczała w kolejnych latach, odliczając je od zysków, które się pojawiły. I tu znaleziono przysłowiowy „haczyk”, uznając, że straty powstały wskutek błędnych decyzji zarządu w sprawie zakupu opcji walutowych i według oceny kontrolerów skarbowych tego błędu nie można uznać za kwalifikujący się do określenia – straty. Czyli zdaniem UKS tych strat nie było. A jeżeli ich nie było, to trzeba zapłacić podatek dochodowy wraz z odsetkami. Wyliczono – 6,24 mln złotych.
– Uznanie tego orzeczenia UKS oznaczałoby bankructwo naszej firmy – wyjaśnia Robert Duszkiewicz, wiceprezes ZM Ropczyce SA. – Dlatego podjęliśmy walkę, by nie płacić za to, czemu nie zawiniliśmy. A z pewnością nie można twierdzić, iż przystępując do umów o opcje walutowe, nasz zarząd nie miał do tego prawa. Kto może to oceniać – jeden niebędący w tych sprawach ekspertem urzędnik UKS? Do wypracowania takiego stanowiska powinni być powołani faktyczni niezależni eksperci. Także nie naszą winą jest, iż z opóźnieniem wprowadzono w Polsce dyrektywę unijną MIFID wymagającą od banków rzetelnego informowania klientów o ryzyku. Podjęliśmy walkę i mamy już maleńki sukces – firma działa i się rozwija, a Prokuratura Apelacyjna w Rzeszowie umorzyła śledztwo z zawiadomienia dyrektora UKS Rzeszów w sprawie nadużycia w latach 2006–2008 przez nasz zarząd uprawnień przy zawieraniu opcji walutowych. To jest światełko w tunelu.
Ciekawe, jak teraz, nie tylko w stosunku do ZM Ropczyce, ale i innych będących w podobnej sytuacji firm, zachowa się resort finansów i podległy mu UKS. W decyzjach dotyczących opcji walutowych organy skarbowe ciągle powtarzają, że ujemnymi skutkami finansowymi decyzji podatników co do zakupu opcji walutowych nie można obciążać Skarbu Państwa. Tyle że podatnicy, dokonując zakupu struktur opcyjnych, nie mieli świadomości tego ryzyka. Ze względu na brak implementacji dyrektywy MIFID banki nie informowały rzetelnie klientów o ryzyku, miały swobodę w obszarze sprzedaży instrumentów finansowych i dowolność w przekazywanych informacjach i rekomendacjach. Opóźnienie implementacji tej dyrektywy obciąża rząd. W każdym państwie obowiązuje zasada, która mówi, że nie można czerpać korzyści z niewykonania obowiązku. Taka zasada jest także zapisana w art. 2 Konstytucji RP.
A może dla tych firm szansą są zbliżające się wybory, czas, gdy wszyscy decydenci mówią „ludzkim” głosem?