Sejm zajmuje się dziś rządowym projektem zmian w PIT, CIT i ryczałcie. Jedną z jego kluczowych propozycji jest obniżenie od 2027 r. limitu przychodów, który pozwala rozliczać się ryczałtem – z 2 mln euro do 250 tys. euro. Wcześniej sejmowa Komisja Finansów Publicznych rekomendowała przyjęcie projektu i odrzuciła poprawkę, która miała usunąć z niego m.in. to cięcie. Do czasu ostatecznych decyzji dla podatników nic się nie zmienia, ale już teraz warto zapytać, czy resort finansów nie przeliczył się w swoich rachunkach.
Powrót do 2020 roku
Wyższe limity dla ryczałtu obowiązują od początku 2021 r. Od tamtej pory do 2024 r. tę formę rozliczenia wybrało blisko 600 tys. nowych podatników. Propozycja ministerstwa to w praktyce powrót do przepisów sprzed pięciu lat. Najważniejszy skutek jest jednak inny: kilkaset tysięcy przedsiębiorców będzie musiało od nowa zdecydować, jak się opodatkować.
Skala i liniowy? Raczej nie
Zmiana dotknie przede wszystkim osób, które zarabiają najwięcej. Trudno oczekiwać, że przejdą one na skalę podatkową albo podatek liniowy. Tam czeka na nie nie tylko podatek dochodowy, ale też procentowa składka zdrowotna liczona od dochodu i danina solidarnościowa – a ta, zgodnie z tym samym projektem, ma wzrosnąć z 4 do 5 proc. Takich obciążeń w tej postaci nie ma ani w ryczałcie, ani w spółkach, ani w fundacjach rodzinnych. Przy wysokich dochodach to właśnie spółki i fundacje rodzinne – i tak coraz popularniejsze z powodów podatkowych – staną się naturalną alternatywą.
Więcej czy mniej w budżecie?
Dlatego zakładany przez ministerstwo wzrost wpływów z podatku dochodowego budzi poważne wątpliwości. Zamiast nowych podatników na skali i liniowym budżet może zobaczyć odpływ przychodów do spółek i fundacji rodzinnych. Paradoks polega na tym, że resort finansów chce dostać więcej, a może dostać mniej. Posłowie wciąż mają czas, żeby to policzyć.
Wyższy próg PIT nie nadrobi 40 proc. inflacji
Sejm zajmuje się dziś projektem podniesienia pierwszego progu podatkowego ze 120 do 130 tys. zł i wprowadzenia nowej, 24-procentowej stawki dla dochodów między 130 a 150 tys. zł. Komisja Finansów Publicznych poparła projekt, odrzucając jednocześnie poprawkę, która od 2028 r. wprowadzałaby automatyczną waloryzację progów o inflację. Tymczasem to właśnie brak takiej waloryzacji jest źródłem problemu, który nowe przepisy mają łagodzić. Czy podatnicy naprawdę na tym zyskają?
Zimna progresja w praktyce
W PITax co roku analizujemy zeznania podatkowe i od lat zwracamy uwagę na zimną progresję. Mechanizm jest prosty: pracownik dostaje podwyżkę, która jedynie wyrównuje inflację. Jego pensja na papierze rośnie, ale za te pieniądze kupi tyle samo co wcześniej. Fiskus liczy jednak podatek od zarobków nominalnych, a nie od ich realnej wartości – i coraz więcej osób przekracza pierwszy próg, choć w rzeczywistości wcale nie zarabia więcej.
Korekta, nie rekompensata
Podniesienie progu trzeba więc traktować jako częściowe łagodzenie podatkowych skutków podwyżek inflacyjnych, a nie jako prezent dla podatników. Skumulowana inflacja z ostatnich czterech lat to w Polsce blisko 40 proc. Próg wyższy o ok. 8 proc. – ze 120 do 130 tys. zł – trudno w tym kontekście nazwać rekompensatą.
Ile zostanie w kieszeni?
Wyższy próg i stawka 24 zamiast 32 proc. w przedziale 130–150 tys. zł dadzą pojedynczemu podatnikowi maksymalnie ok. 3,6 tys. zł rocznie, czyli ok. 300 zł miesięcznie. Z jego perspektywy to realne pieniądze. Nadal jednak pozostaje 9-procentowa składka zdrowotna, a danina solidarnościowa ma wzrosnąć z 4 do 5 proc. Obciążenia osób rozliczających się według skali podatkowej pozostaną więc relatywnie wysokie.
Ucieczka w B2B – pod okiem PIP
Można się zatem spodziewać, że część pracowników przejdzie na jednoosobową działalność gospodarczą, choćby z podatkiem liniowym. Tyle że niedawno weszły w życie przepisy rozszerzające uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, która może przekształcać umowy B2B w umowy o pracę. Podatnik będzie musiał uważać na służby państwowe z każdej strony.
dr Krzysztof Biernacki, doradca podatkowy PITax

