Strona główna Finanse Depozyty z aniołem stróżem i bez

Depozyty z aniołem stróżem i bez

0
Depozyty z aniołem stróżem i bez

Wchodzisz na stronę internetową swojego banku, aby zrobić przelew lub po prostu sprawdzić stan konta, a tam zamiast tradycyjnej ikonki do logowania widzisz komunikat o upadłości. Nie chcesz w to uwierzyć i pędzisz do najbliższego oddziału banku. Tu też na drzwiach wisi kartka z informacją: bank przestał działać. Ten horror w ostatnich miesiącach przeżyli (choć nie wiem czy wszyscy) klienci SK Banku, a także kas spółdzielczych SKOK Wspólnota i SKOK Wołomin.
100 tysięcy euro jak w banku
Na szczęście w wielu sytuacjach plajta banku kończy się jedynie na nerwach i strachu klienta, a po maksymalnie 20 dniach roboczych pieniądze zostają zwrócone. Problem pojawia się jednak, kiedy zdeponowaliśmy więcej niż równowartość 100 tys. euro (ok. 440 tys. złotych). Taki jest bowiem limit poręczenia udzielanego przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Osoby, które ulokowały wyższą kwotę, niestety, nie mogą liczyć na zwrot nadwyżki w ramach systemu gwarancyjnego. Mogą jedynie dochodzić swoich należności z pozostawionej przez bankruta masy upadłościowej. W praktyce zamożniejsze osoby dzielą więc posiadany kapitał pomiędzy różne banki i wpłacają do nich kwoty nieprzekraczające wymienionego wcześniej limitu. Wówczas całość posiadanych środków objęta jest gwarancjami. Jeśli jednak ktoś nie stosuje się do tej zasady, wówczas ryzykuje utratą sporej części posiadanego majątku. Od listopada 2013 roku poręczeniem BFG objęte są nie tylko instytucje bankowe, ale także spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe.
Składkowy system bezpieczeństwa
Wbrew obiegowej opinii za zwrócone klientom depozyty płaci nie państwo, a wszystkie banki i kasy oszczędnościowe, które należą do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. BFG tak naprawdę jedynie organizuje zwrot zdeponowanych w bankrutującym banku środków i przechowuje kapitały, które na ten cel każdego roku wpłacają poszczególne banki i kasy. W praktyce nawet sama operacja zwrotu pieniędzy klientom odbywa się za pośrednictwem jednego z trzech banków komercyjnych: PKO BP, Pekao i BZWBK, które działają na zlecenie BFG. W założeniu tworzenie przez banki funduszu gwarancyjnego ma utrzymać stabilność polskiego systemu finansowego. Jeśli gwarancje udzielane byłyby z państwowych środków, wówczas banki nie dbałyby o bezpieczeństwo prowadzonej działalności – liczyłby się jedynie osiągnięty zysk, a ewentualne straty i idące za tym bankructwo spadłyby de facto na barki podatników. W obecnym systemie oprócz chęci zarobku musi pojawić się także troska o jakość udzielanych kredytów.
Potrójny haracz
Środki, które banki i SKOK-i wpłacają do systemu gwarancyjnego, są spore. W 2016 roku wysokość podstawowej opłaty wynosi 0,167 proc. posiadanych aktywów. Tymi aktywami są przede wszystkim udzielone kredyty. Uzyskana w ten sposób kwota zgodnie z wymogami unijnego prawa korygowana jest o poziom ponoszonego ryzyka. Europejski Nadzór Bankowy podaje tu, że na jego wartość wpływają takie czynniki, jak: płynność banku, łączny poziom kapitałów, jakość portfela kredytowego oraz przyjęty model biznesowy. Na ostateczną wartość wskaźnika rzutują także krajowe przepisy i regulacje.
Oprócz podstawowej opłaty rocznej banki oraz kasy wpłacają do BFG także tzw. opłatę ostrożnościową – również ważoną ryzykiem. Jej wysokość w bieżącym roku wynosi 0,097 proc. Ogółem w 2016 roku z tytułu obu opłat do BFG wpłynie ok. 2,2 mld zł składek. Na tym jednak nie koniec. W ramach systemu gwarantowania depozytów istnieje także obowiązkowy Fundusz Ochrony Środków Gwarantowanych. Każda instytucja finansowa musi zablokować aż 0,55 proc. sumy posiadanych kapitałów na poczet ewentualnego bankructwa. W razie upadłości to właśnie z tej kwoty w pierwszej kolejności wypłaca się pieniądze klientom.
Jeśli w danym roku nic się złego nie zdarzy, to jedynym kosztem, jaki ponoszą objęte systemem podmioty, są obowiązkowe opłaty: podstawowa i ostrożnościowa. Jeśli jednak mamy do czynienia z bankructwem, a takich w ubiegłym roku były przynajmniej trzy – wówczas straty rosną. Przykładowo suma gwarancji w przypadku SK Banku, który upadł w listopadzie, wyniosła ponad 2,2 mld zł. Ta kwota musiała być wypłacona ze środków zablokowanych na FOŚG, co de facto dla instytucji finansowych oznaczało dodatkowy koszt. Tylko sam PKO BP musiał przeznaczyć na ten cel aż 337,9 mln zł, co obniżyło jego zysk w IV kwartale o około 30 proc.
Bankructwo największego polskiego banku spółdzielczego przywodzi na myśl jeszcze jedną ważną kwestię – co mają zrobić klienci, którzy zaciągnęli w nim kredyt? SK Bank tych kredytów udzielił na kwotę ponad 3 mld zł. Niestety, jak w innych tego typu przypadkach zadłużeni będą musieli te kredyty spłacić. W praktyce taki portfel kredytowy może zostać zakupiony przez inny bank lub jego egzekucją będzie zajmował się bezpośrednio syndyk masy upadłościowej. Choć nie ma co liczyć na to, że dług przepadnie, to jednak zadłużonych nie czekają też z tego tytułu żadne komplikacje. W większości przypadków spłata odbywać się będzie bowiem w normalnym trybie. Wyjątek stanowią tu jedynie umowy, które bank podpisał tuż przed upadłością, a środki nie zdążyły jeszcze wpłynąć na konto klienta – takie zobowiązania ulegają rozwiązaniu.
Inwestycje z ryzykiem
Bankowy Fundusz Gwarancyjny nie poręcza jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, produktów ubezpieczeniowych ani papierów wartościowych, np. akcji czy obligacji. W przypadku pierwszych dwóch wymienionych kategorii bank lub inna instytucja finansowa jest bowiem jedynie pośrednikiem w transakcji. Środki, którymi zarządzają Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI), zdeponowane są w zewnętrznym banku – tzw. banku depozytariuszu. W razie upadku funduszu inwestycyjnego, kapitał pozostaje bezpieczny. Wierzyciele nie mogą bowiem dochodzić swoich roszczeń z puli środków, które były własnością klientów TFI.
Inaczej jest w przypadku papierów wartościowych. Zakupione akcje lub obligacje znajdują się w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych (KDPW), a biuro maklerskie jest jedynie organem, za którego pośrednictwem można nimi handlować. Jeśli więc dany dom maklerski upadnie, zagrożone są jedynie środki pieniężne, które zostały tam zdeponowane. Tutaj jednak obowiązuje system rekompensat, który gwarantuje Komisja Nadzoru Finansowego. W przypadku ewentualnej upadłości klienci mają prawo do zwrotu 100 proc. środków do wysokości 3 tys. euro, czyli ok. 13,2 tys. zł. Oprócz tego inwestorom przysługuje prawo do zwrotu 90 proc. funduszy do limitu 22 tys. euro (ok. 97 tys. zł). W praktyce oznacza to, żemaksymalna kwota, jaką może otrzymać klient w razie bankructwa domu maklerskiego, wynosi 20,1 tys. euro (ok. 88,4 tys. zł).
Tymczasem papiery wartościowe pozostają nietknięte. W praktyce odbywa się to tak, że rachunki inwestorów przejmuje inne biuro maklerskie, dzięki czemu odzyskują oni możliwość dokonywania transakcji. Jednak w historii funkcjonowania systemu rekompensat upadło tylko jedno biuro maklerskie – w 2008 roku DM WGI. Krajowy Depozyt Papierów Depozytowych, który jest operatorem systemu, przekazał inwestorom z tego powodu kwotę ponad 30 mln zł.
Czarna lista KNF
W Polsce działają także liczne parabanki i piramidy finansowe, które nie tylko nie są objęte nadzorem KNF czy BFG, ale także niosą bardzo wysokie ryzyko utraty zdeponowanych w nich środków. Lista tych podmiotów dostępna jest na stronie Komisji Nadzoru Finansowego i gdyby tylko inwestorzy częściej na nią zaglądali, z pewnością w wielu przypadkach uniknęliby ogromnych strat.
W ostatnich latach najgłośniejszego oszustwa dopuściła się spółka Amber Gold. Firma oferowała możliwość założenia depozytu, gwarantując przy tym nawet 15 proc. zwrotu rocznie. Ponieważ nie posiadała zgody na prowadzenie działalności depozytowej, KNF zawiadomiła gdańską prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa oraz wpisała spółkę na listę ostrzeżeń publicznych. Mimo to 19 tys. osób powierzyło Amber Gold ponad 850 mln zł! Zaledwie 1 proc. tej kwoty przeznaczono na zakup złota, które według deklaracji spółki miało stanowić gwarancję bezpieczeństwa inwestycji. Większość powierzonych środków zdefraudowano. Ponad 300 mln zł przeznaczono na finansowanie linii lotniczych OLT, a sam założyciel piramidy wraz z żoną wypłacili sobie łącznie blisko 19 mln zł wynagrodzenia. Spółka przestała działać w sierpniu 2012 roku i od tego momentu zajmują się nią prokuratury i sądy.
Historia z Amber Gold w roli głównej to dla inwestorów ostrzeżenie, aby nie korzystać z usług nielicencjonowanych firm, państwowy system ochrony kapitału bowiem ich nie obejmuje. Aktualnie na liście ostrzeżeń publicznych KNF znajduje się ponad 100 podmiotów.
Artykuł pochodzi z nr 3/2016 Eurogospodarki