Strona główna Finanse Dług w świetle jupiterów

Dług w świetle jupiterów

0
Dług w świetle jupiterów

Dane osobowe i dotyczące naszej kondycji finansowej jako informacje szczególnie wrażliwe podlegają szczególnej ochronie? Nie dotyczy to dłużników, o których może dowiedzieć się cała Polska, a za pośrednictwem Internetu cały świat. Na giełdzie długów każdy, nawet potencjalny przestępca, może nasz dług kupić i zapukać do naszych drzwi. Jednocześnie spółdzielnia czy wspólnota mieszkaniowa nie mają prawa wywiesić na klatce schodowej informacji o tym, kto nie płaci czynszu.
Formalnie ochrona jest
W dzisiejszym świecie dane osobowe podlegają szczególnej ochronie, uniemożliwiającej ich poznanie i wykorzystanie w nieuprawniony sposób, choćby do celów marketingowych, nie mówiąc już o innych. W dobie komercjalizacji, informatyzacji, masowego przepływu informacji i coraz bardziej powszechnego do niej dostępu nasza prywatność musi być chroniona. Nie chodzi tu tylko o oczywiste zagrożenie wykorzystaniem ich w nieuczciwych zamiarach, ale także o ochronę przed wścibstwem czy nachalnością innych, czyli zapewnienie nam spokoju w domu i w skrzynce e-mailowej. Temu służy wiele regulacji, dotyczących działalności w Internecie, ale przede wszystkim ustawa o ochronie danych osobowych. Podobnie jest od dawna w kwestii naszych finansów chronionych między innymi tajemnicą bankową. Informacje o kontach, lokatach, rachunkach, dostępne są jedynie na wniosek sądów lub na specjalnych zasadach i w ograniczonym zakresie dla niektórych uprawnionych instytucji, takich jak urzędy skarbowe czy organy ścigania.
Dłużnicy na marginesie
Te wszystkie ograniczenia jednak nie mają zastosowania lub stają się fikcją w stosunku do większości zadłużonych. O ile w pewnym zakresie usunięcie ograniczeń w dostępie do informacji i danych  osobowych można uznać za uzasadnione, to dopuszczanie coraz bardziej powszechnej praktyki upubliczniania ich niepokoi. Choć długi należy spłacać, a uchylanie się od tego obowiązku można uznać za naganne, to jednak nie oznacza, że każdego zadłużonego można piętnować, upubliczniać informacje na jego temat i narażać jednocześnie na zagrożenia, jakie z tego mogą wyniknąć. Biorąc pod uwagę liczbę zadłużonych Polaków oraz łączną kwotę ich zobowiązań, problem nie jest bagatelny, nawet w porównaniu z nagłaśnianą w ostatnich miesiącach sprawą posiadaczy kredytów we frankach. O ile w przypadku tej grupy liczącej kilkaset tysięcy osób, często zamożnych i niemających problemów ze spłatą kredytu, nie brakuje obrońców, o tyle nikt się nie kwapi, by zwrócić uwagę na sposób traktowania prawie 2,5 mln Polaków wpisanych do oficjalnych rejestrów dłużników prowadzonych przez uprawnione do tego instytucje i tych, których dane udostępniane są publicznie w inny sposób.
Bezhołowie na listach dłużników
Praktyka upubliczniania informacji o nierzetelnych kontrahentach, czyli głównie firmach niepłacących w terminie faktur lub notorycznie nieregulujących swoich zobowiązań, powstała w środowisku przedsiębiorców, by uniknąć przykrych niespodzianek w kontaktach z firmami lub handlowcami, którzy zwykli nie płacić za dostarczone towary lub wykonane usługi. W trudnych dla gospodarki momentach zwykle nasilają się zatory płatnicze i takie inicjatywy przedsiębiorców, by uchronić się przed nawiązywaniem współpracy z nierzetelnymi kontrahentami, miały uzasadnienie. Tym bardziej że możliwe było także kompensowanie wzajemnych zobowiązań firm, które dzięki takim publicznym listom, można było zidentyfikować. Problem w tym, że samodzielnie powstające listy nie zawsze były wiarygodne i nie kierowano się przy ich tworzeniu żadnymi formalnymi kryteriami, a więc możliwe były różnego rodzaju nadużycia i nieporozumienia.
Porządek w rejestrach
Potrzebne były regulacje prawne. Stworzono je i utworzono oficjalne, choć prywatne, firmy, które zajęły się profesjonalnie zbieraniem i udostępnianiem danych o wierzytelnościach i nierzetelnych dłużnikach. Do tych firm trafiają informacje odpowiednio udokumentowane, niebudzące wątpliwości i niesporne, a dostęp do nich nie jest powszechny i odbywa się według ustalonych zasad.
Wolny rynek długów czy wolnoamerykanka
Działania prawodawcy nie wyeliminowały jednak internetowych spisów długów i danych dłużników. Wykorzystują one niespójności między przepisami prawnymi. Co gorsza, proceder upubliczniania danych rozszerzył się nie tylko na długi firm, ale także wszystkich obywateli, czyli tak zwane długi konsumenckie. W dodatku mogą one stać się przedmiotem handlu, nie tylko między wierzycielem a firmą windykacyjną, ale także trafić na wolny rynek, gdzie kupić może je każdy, nawet mający nie całkiem uczciwe zamiary osobnik. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której do naszych drzwi zapuka nieznajomy, oświadczając, że kupił nasz dług i bardzo stanowczo poprosi o jego zwrot. Na szczęście, choć nie wiadomo jak długo tak pozostanie,  umieszczanie informacji o zadłużeniu wraz z danymi osobowymi w Internecie na ogół ma jedynie wywrzeć presję na dłużniku, by swoje zobowiązanie uregulował, po czym piętnująca go informacja znika z publicznego obiegu. Przyznają to otwarcie firmy organizujące i prowadzące giełdy długów. Gwarancją tego, że umieszczenie informacji o długu i dłużniku nie ma faktycznie na celu sprzedaży tego zadłużenia, są oferowane wysokie ceny długu. Profesjonalne firmy windykacyjne kupują dług klienta od banku lub firmy, której jest winien  pieniądze, za niewielki procent kwoty zadłużenia (zwykle kilkanaście procent), licząc się z tym, że pieniądze będzie trudno odzyskać i tylko czasem się to uda. Tymczasem na giełdach długów ceny sprzedaży są identyczne z wartością zadłużenia. Z góry więc wiadomo, że nabywca się nie znajdzie. Bo w istocie nie chodzi o to, by się znalazł, ale o to, by w publicznym obiegu legalnie mogła znaleźć się informacja o zadłużeniu danej osoby. Co ciekawe, na tych giełdach długi wystawiają na sprzedaż bardzo często właśnie firmy windykacyjne, które dług kupiły za ułamek jego wartości. Trudno przypuszczać, że robią one to, wierząc, że dług ten ktokolwiek kupi, płacąc za niego pełną jego wartość. Firmy te działają zgodnie z przepisami prawa. Ale czy nie jest to jednocześnie kpina z tych przepisów?
Pod pozorem sprzedaży wierzytelności
Jak to wszystko jest możliwe? Generalnie przepisy ustawy o ochronie danych osobowych mają na celu niedopuszczenie, by dane osobowe, w tym także osób zadłużonych, były pozyskiwane i udostępniane oraz przetwarzane bez ważnego uzasadnienia. Nie oznacza to jednak, że w żadnym przypadku nie mogą one być ujawnione, udostępnione innym lub upublicznione. Jest to możliwe pod pewnymi warunkami i z pewnymi ograniczeniami. I tu właśnie, jak w przypadku wielu innych przepisów, powstaje pole do interpretacji i wyszukiwania możliwości obejścia konkretnych zapisów. O tym, jak szeroki może być zakres tych interpretacji, mogą świadczyć sformułowania ustawy o ochronie danych, mówiące w jakich przypadkach dane dłużnika mogą być przetwarzane i udostępniane. Jest to możliwe, wówczas gdy:
– osoba, której dane dotyczą, wyrazi zgodę na ich przetwarzanie
– przetwarzanie i udostępnianie jest niezbędne do realizowania uprawnienia wierzyciela lub spełnienia obowiązku, wynikającego z przepisów prawa
– konieczne jest to do realizacji umowy, a osoba, której dane dotyczą, jest stroną umowy lub gdy jest to niezbędne do podjęcia działań przed zawarciem umowy z tą osobą
– jest to niezbędne do wykonania określonych prawem zadań realizowanych dla dobra publicznego
– jest to niezbędne do osiągnięcia prawnie usprawiedliwionych celów realizowanych przez administratorów danych albo odbiorców danych, a przetwarzanie nie narusza praw i wolności osoby, której dane dotyczą.
Konia z rzędem temu, kto jest w stanie z tego zastawienia wywnioskować, co wolno, a czego nie. Stąd w tej kwestii często dochodzi do sporów prawnych, a rozstrzygnięcia nie są jednoznaczne. W praktyce wątpliwości nie budzą jedynie działania banków w zakresie przekazywania informacji do Biura Informacji Kredytowej, które wykorzystywane są w ściśle określony sposób przez ograniczony krąg odbiorców i są odpowiednio chronione. W przypadku sprzedaży wierzytelności bank ma obowiązek poinformować o tym dłużnika. Upublicznianie danych o dłużnikach przez firmy windykacyjne nie jest w zasadzie możliwe na gruncie przepisów ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych, ale wyjątek stanowi w ich przypadku przekazywanie danych na potrzeby sprzedaży wierzytelności i to właśnie  jest wykorzystywane do publikowania tych informacji, także poprzez pozorowanie zamiaru sprzedaży. Przy tym i tu dłużnik powinien się bronić. Wątpliwości budzi także zakres publikowanych danych. Według najczęściej przyjmowanej interpretacji zakres ten w większości przypadków ogranicza się do podania kwoty długu, podstawy prawnej dochodzenia jego zwrotu, imienia i nazwiska oraz miejscowości zamieszkania dłużnika, nazwy ulicy i kodu pocztowego. Bardziej szczegółowe dane, jak dokładny adres zamieszkania czy PESEL, mogą zostać udostępnione jedynie nabywcy długu, co nie oznacza wprost możliwości jego publikacji. Innym bardzo istotnym problemem działalności internetowych giełd długów jest to, że mogą na nich być zamieszczane ogłoszenia dotyczące nie tylko wierzytelności, co do których istnienia nie ma wątpliwości, a więc na przykład potwierdzonych sądownie, ale także wierzytelności sporne, czyli takie, co do których wiarygodności czy zasadności roszczeń mogą być wątpliwości. W tej kwestii istnieje najwięcej wątpliwości, na które uwagę zwracał między innymi rzecznik praw obywatelskich. W praktyce na niektórych giełdach długów można zamieścić ofertę sprzedaży długu, nawet gdy termin płatności faktury minął dzień wcześniej, a nawet takie, których termin płatności jeszcze nie nadszedł.
Potrzebna ingerencja ustawodawcy
Można zrozumieć dążenie wierzycieli do obrony własnych interesów i odzyskania swoich pieniędzy, jednak należy też mieć na względzie prawa i interesy dłużników. Na to, że w tej kwestii wierzyciele wielokrotnie z premedytacją wykorzystują wszelkiego typu możliwości, świadczy choćby niedawna sprawa działania e-sądu. Uproszczone możliwości dochodzenia zwrotu wierzytelności były wielokrotnie nadużywane przez prawie dwa lata, dopóki przepisy dotyczące tej instytucji nie zostały zmienione w 2012 r. Być może sprawa doprecyzowania zasad działania giełd długów także dojrzewa już do tego, by ustawodawca przyjrzał się jej dokładniej, zanim dojdzie do nasilenia nieprawidłowości z nimi związanych.