Gdy tylko kończą się ciepłe dni, noclegownie zaczynają zapełniać się bezdomnymi. Trafiają tu ci, którzy nie mają się gdzie ogrzać, zjeść, rzadziej umyć. Ale te obiekty są czynne cały rok i przez cały rok przyjmują potrzebujących, nawet tych, którzy pragną zmienić swoje życie. Niektórzy przebywają tu nawet kilkanaście miesięcy. Są też osoby, które chcą z tego przystanku swojego życia jak najszybciej odjechać do miejsca lepszego, normalniejszego…
Przez niektórych noclegownia traktowana jest jak początek „lepszego świata”.
Na warszawskiej Woli, w prowadzonym przez siostry zakonne niewielkim domu dla bezdomnych kobiet, spotkałem osobę, która po raz kolejny chce odzyskać choć promil tego, co przez różne życiowe zawirowania, straciła. To pani Małgorzata – elegancka kobieta przed sześćdziesiątką, przebywająca od 8 miesięcy w tym domu. Jest jedną z kilkudziesięciu kobiet, którym los pokazał swoją gorszą stronę.
– Jestem najlepszym przykładem tego, że nic nie trwa wiecznie – stwierdza. – Jestem także świetnym dowodem na to, że nie powinniśmy żądać od losu więcej niż może nam dać. Ja po prostu miałam wszystko, co chciałam i żyłam tak, jak tylko chciałam – ale tego nie doceniłam. I wszystko sama zniszczyłam. Teraz marzę o tym, by wrócić do normalnego życia, takiego od pierwszego do pierwszego. Czy mi się uda? Musi.
Pani Małgorzata jest rodowitą warszawianką. Jej dziadkowie przed wojną byli właścicielami dużego sklepu z odzieżą przy jednej z głównych ulic miasta. Wojna i powstanie sprawiły, że z majątku niewiele pozostało, chociaż złote precjoza pozwoliły na otwarcie komisu z różnym towarem (najpierw głównie ze szmuglu z Ziem Odzyskanych, a potem już normalnie).
– Urodziłam się w niełatwych czasach dla Polski, w drugiej połowie lat 50. – opowiada pani Małgorzata. – Miałam starszego o dwa lata brata. Opiekowała się nami niania. Niczego nam nie brakowało – nie tylko słodyczy czy najlepszych ubrań. Mieliśmy samochód, latem jeździliśmy nad morze lub w góry, czyli żyliśmy dobrze, co wtedy było rzadkością. Skończyłam jedno z lepszych warszawskich liceów, a potem rozpoczęłam studia na Politechnice na wydziale budownictwa lądowego. Tam też studiował brat. A ja wtedy już miałam swój pierwszy samochód, małe NSU, obiekt zazdrości kolegów i zawiści koleżanek. Te dodatkowo zazdrościły mi figury i urody.
Byłam bardzo atrakcyjną kobietą.
Nie brakowało mi pieniędzy.
I wtedy popełniłam swój pierwszy wielki życiowy błąd. Po drugim roku rzuciłam studia i wyjechałam z kraju, a raczej – nie wróciłam z wakacji we Włoszech. Spodobało mi się w Italii, poznałam atrakcyjnego faceta, a ponadto udało mi się zaczepić w kawiarni jako barmanka. Myślałam, że to jest to. Rodzice szaleli, robili wszystko, żebym wróciła. Załatwili nawet urlop dziekański na Politechnice. Ale nie, ja się uparłam. Zostałam i przez rok było fajnie – pracowałam, upajałam się włoskim stylem życia, a mój Włoch mnie kochał, tak przynajmniej deklarował.
Jak szybko się zaczęło, tak szybko wszystko się skończyło. Włoch znalazł nowy obiekt westchnień. – Oni tacy są! A w pracy właściciel nie dawał mi spokoju, co zauważyła jego żona. I nagle znalazłam się na bruku. Zatrudniłam się w klubie, gdzie ubrano mnie w erotyczne mini, żebym zachęcała gości do zamawiania drinków. Byłam w tym dobra i klienci o mnie zabiegali. Do dziś nie wiem, kiedy znalazłam się w pokoikach na górze, gdzie dodatkowo ich obsługiwałam. Tak, mam w życiorysie epizod prostytutki. Na szczęście nie trwało to długo, gdyż spotkałam Gerharda – austriackiego przedsiębiorcę, będącego na wakacjach we Włoszech. Miałam szczęście. Spotkałam go w sklepie, a nie w klubie. Skłamałam, że tu mieszkam i załatwiam studia. Do końca nie znał mojej przeszłości.
Facet zakochał się od pierwszego spojrzenia i po kilku miesiącach ściągnął do Wiednia. Załatwił Małgorzacie pracę kreślarza w biurze projektów i ożenił się z nią. Tak rozpoczął się kolejny wspaniały okres w jej życiu. To była idylla. – Mieszkaliśmy w 200-metrowym apartamencie w jednej z najlepszych dzielnic Wiednia, z basenem na dachu i klubem fitness w piwnicy. Jeździłam najnowszym modelem BMW, miałam pieniądze i było super. Także w pracy awansowałam i w sumie zarabiałam niezłe pieniądze, które przeznaczałam na swoje drobne wydatki. Niestety, nie mogliśmy mieć dzieci, istniało podejrzenie, że z mojej winy. Pewnego dnia wraz z moim bratem przyjechał do Wiednia kolega z dzieciństwa i moja młodzieńcza miłość – Włodek. Jak nietrudno się domyślić, zaczęliśmy ze sobą romansować i tak zupełnie nieświadomie, ku mojemu zaskoczeniu, zaszłam z nim w ciążę.
To był początek prawdziwego upadku.
Wyjechała z Włodkiem do Polski, zostawiając nieszczęśliwego Gerharda i zabierając mu sporo kasy. Zdradzony Austriak popadł w depresję. Sprzedał firmę i zamieszkał gdzieś koło Wiednia. – Wróciliśmy do Polski i tu zajęliśmy się developerką. Były dobre perspektywy, bo akurat w Polsce zmienił się ustrój, a ja miałam doświadczenie. Były pieniądze, Włodek też miał spory potencjał, bo znał polski rynek. Firma funkcjonuje do dziś, ale samodzielnym właścicielem jest już Włodek. Urodziłam dziewczynkę, niestety niepełnosprawną. Dziecko zmarło po trzech tygodniach, dokładnie w miesiąc po śmierci mojej ukochanej babci. Potem w ciągu półtora roku na serce zmarł ojciec, a mój brat zginął w wypadku. Wpadłam w depresję. Włodek też był zdruzgotany, ale on zajął się pracą, a ja zaczęłam coraz częściej zaglądać do kieliszka. Jakoś wspólnie działaliśmy jeszcze przez kilkanaście lat, chociaż był to czas kłótni i wzajemnych oskarżeń. W 2003 r. odeszłam. Byłam już alkoholiczką i wrakiem człowieka. Zamieszkałam u matki. Staruszka zadbała o mnie. Finansowo wspierał ją Włodek, który – jak twierdzi – do dziś mnie kocha, chociaż nikogo bardziej niż mnie nienawidzi. Matka przy mnie traciła zdrowie i nerwy, szczególnie gdy byłam kompletnie pijana.
Człowiek uzależniony w pewnym momencie przestaje myśleć, jego celem jest tylko zdobycie alkoholu lub pieniędzy na alkohol. W jednej z melin podpisałam taki „cyrograf”. Wzięłam 800 zł, a w ciągu tygodnia miałam zwrócić 2400 zł, czyli 3 razy więcej! To było nierealne, nie miałam tych pieniędzy, ale w domu było jeszcze trochę różnych cennych rzeczy. Wyniosłam matce unikatową, zabytkową lampę naftową wartą ok. 7 tys. zł. Paser kupił ją za 1500 zł. Na całą spłatę nie starczyło. Po resztę „windykator” zgłosił się do mojej mamy – akurat byłam wtedy w domu. Ponieważ minęło już 10 dni, to ta reszta długu, czyli 900 zł wzrosła do 1800 zł.
Gdy staruszka nie chciała zapłacić, zagroził, że wyprasuje mnie rozgrzanym żelazkiem.
Matka oddała złoty zegarek, który kiedyś kupił dla niej tato. Zdesperowana i zastraszona poszła na policję. Funkcjonariusz nawet nie chciał zająć się tą sprawą. Przecież spowodowała ją pijaczka… Matka jakoś to przetrzymała, chociaż mocno odchorowała. Ale gdy po raz kolejny ukradłam jej pieniądze na wódkę, kazała mi się wynosić. Wyrzekła się mnie. Mieszkanie przepisała na swoją kuzynkę, która się nią opiekuje do dzisiaj. Dla własnej matki stałam się osobą obcą. Zostałam na bruku!
Skończyłam tutaj – w noclegowni. Na szczęście przydarzył się moment, gdy przez chwilę byłam trzeźwa i wtedy poprosiłam Włodka o pomoc. On opłacił moje leczenie i teraz wspiera mój pobyt w ośrodku. Dodatkowo, powoli oddaje moje długi, ale jak długo?
To jest moja ostatnia deska ratunku!
Wie, że do końca życia będzie alkoholiczką i jeżeli tylko popuści, znów trafi na ulicę. Tu wraca do siebie, tu stara się zacząć nowe życie.
– Wierzę, że dam radę i będę miała jakiś własny kąt i pra- cę. Dzięki temu spłacę długi wobec nie tylko najbliższych… Być może przestanę być samotna, chociaż czy mam prawo kogoś jeszcze unieszczęśliwiać? Czy matka mi wybaczy?
OD REDAKCJI:
Powyższy tekst wypisz wymaluj przypomina ckliwo-sentymentalne opowieści rodem z kolorowych pism bulwarowych. Czy w ogóle powinien być prezentowany w takim piśmie jak nasze? Jeżeli przyjmiemy, że zadaniem Salonu dłużnika jest przede wszystkim ostrzeganie wszystkich aktualnych i potencjalnych dłużników przed grożącymi im problemami, to zapewne tak. Poza tym, naszym zadaniem jest także edukowanie. Uczmy się zatem, również na negatywnych, wydawałoby się zaczerpniętych ze złej literatury, przykładach. Szczególnie, że to nie literatura, ale życie codzienne aranżuje podobne sytuacje. Bądźmy uważni. Edukacji nigdy za wiele.

