Nie wnikajmy w szczegóły rodzinnych perypetii Zenka, w wyniku których w wieku chrystusowym stał się jedynym i wyłącznym posiadaczem lokalu o powierzchni 18 m2, na parterze, w miejscowości średniej wielkości. Ta wielkość ma znaczenie. Łatwiej tu było mieszkać niż pracować. Znamy to: „Dla kogoś o moich kwalifikacjach w tym kraju nie ma roboty!”. Zenek – wypisz wymaluj.
Z tą całą pracą to jedno wielkie utrapienie: znaleźć trudno, wylecieć łatwo, płacą mało, a na dodatek trzeba wstawać rano, pięć albo (co gorsza!) sześć razy w tygodniu
O miesiącach już nie wspominając (tu Zenek doświadczeń żadnych nie posiadał). Ale z fizyki wiadomo, że jakoś żyć trzeba, a „jakoś” oznacza, że trzeba mieć pieniądze.
Jako człek wykształcony nasz Zenon umiał czytać i liczyć. Kiedyś – cóż z tego, że przypadkiem! – wpadła mu w dłonie pewna konstytucja, z której jasno wynikało, że obywatel ma żyć dobrze i niejedno mu się należy. Na przykład darmowa opieka lekarska. A jak takiemu obywatelowi jest zimno, to się przeziębia, ergo jest chory, czyli ogrzewanie obywatelowi należy się za darmo.
Jako człek liczący nasz Zenon przeprowadził drobiazgowy rachunek, z którego wynikało, że albo jedzenie plus jakaś odzież, albo płacenie czynszu, abonamentu TV, gazu i światła. Dochody Zenka nie były z gumy, żeby pomieścić jakiś tam gaz czy inny prąd, który jest przecież dosłownie wszędzie. Nawet na klatce schodowej…
W opisywanym czasie pod miejscowym dyskontem Zenek zapoznał niejaką Karolinę R., przestawiającą się jako Britnej. Po krótkich zalotach przy piwie Britnej wprowadziła się do Zenka i w ten sposób stworzyli związek partnerski, w którym partnerstwo polegało głównie na tym, że raz Zenek bijał Karolinę, raz (rzadziej) ona jego. Powód partnerskich dysonansów – jak zawsze i wszędzie – stanowiły finanse związku. A raczej ich brak.
Karolina – jako kobieta – była inteligentniejsza od Zenona, więc stwierdziła, że od czasu do czasu jakaś część czynszu musi być zapłacona. W innym przypadku groziłaby im eksmisja, co Britnej dobrze zapamiętała z dzieciństwa i wczesnej młodości. Kto ma zapłacić – wiadomo.
Tyle że po opłaceniu mieszkania nadal nie było na energię. Ani na gaz, ani na światło, mimo że opłaty te wcale nie były średnio takie wysokie.
Rachunek za gaz – płatny teoretycznie raz na dwa miesiące – średnio wychodził na pół stówki: latem mniej, zimą więcej, bo lokal trzeba było dogrzewać.
Zenon i Britnej uiszczali taki haracz raz do roku, uznając, że z ich strony to i tak wielkie poświęcenie
Niemniej ta oszczędność była niewielka i oczekiwanego dobrobytu nie przynosiła.
O wiele bardziej interesująco przedstawiały się oszczędności na energii elektrycznej. Zenon dokonał inwestycji pod tym kątem na bazarze, wchodząc w posiadanie magnesu neodymowego „made in China”, co zdaniem sprzedawcy miało umożliwić łatwe, skuteczne i niewykrywalne cofanie licznika. Za chiński skarb bazarowy biznesmen policzył sobie kilka realnych dyszek i zniknął w tłumie.
Natychmiast po powrocie do domu nasz bohater udał się z neodymowym sprzętem na pojedynek z licznikiem. Czy Zenek zrobił coś nie tak, czy magnes był przystosowany do innego typu liczników – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że natychmiast wskazanie licznika wzrosło kilkakroć, dwa dni później przybyła ekipa z zakładu energetycznego, a za trzy tygodnie przyszedł nowy rachunek z karą w wysokości 5-krotności ewentualnego zużycia energii elektrycznej…
Taką kradzież Kodeks karny traktuje jako przestępstwo. Za jego popełnienie można trafić do więzienia nawet na 5 lat. Równolegle prawo energetyczne przewiduje nałożenie na złodzieja kary w wysokości właśnie 5-krotności wartości energii możliwej do zużycia. Jako człek obyty z prawem Zenek argumentował, że za jeden czyn nie może być dwukrotnie karany, w związku z czym chciał udać się do tzw. ancla, czyli mamra. Energetycy o tym słyszeć nie chcieli, a w tym czasie sam Trybunał Konstytucyjny orzekł, że za taki czyn mogą być dwie kary – finansowa i kratowa.
W obliczu jawnej i oczywiście sprzecznej z samą Konstytucją niesprawiedliwości, dodatkowo podpuszczany przez niecną Britnej, pan B. postanowił odwołać się do instytucji „obywatelskiego nieposłuszeństwa”.
Ujął sprawy we własne ręce i z grubym kablem miedzianym udał się do piwnicy, gdzie wykorzystując wiedzę nabytą, zręcznie podpiął się do licznika należącego do samej spółdzielni mieszkaniowej, której notabene Zenek był członkiem
W jego mniemaniu własność spółdzielcza jest własnością członków, ergo – kierowany wyższą koniecznością – miał on prawo swoją cząstkę energii elektrycznej sobie przydzielić.
Przy tej sposobności wzrok Zenona padł na znajdujący się w tejże piwnicy zawór gazowy, którego złożona konstrukcja bujnej wyobraźni technicznej zasugerowała kilka możliwości dodatkowego podłączenia bez żalu dla dysponenta. Bez żalu, bo bez wiedzy… W efekcie tych odkryć do 18-metrowego lokum związku partnerskiego chyłkiem pobiegły, omijając wszelkie zupełnie zbędne liczniki, dwie nitki energetyczne – gazowa i elektryczna.
I wszystko byłoby jak najlepiej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie pech
Britnej zapomniała wyłączyć żelazka. Podczas nieobecności partnerów w domu żelazko nagrzało się do czerwoności, korków nie było, powstało krótkie spięcie na kablu, poszła iskra, natrafiła na drobną nieszczelność w przewodzie gazowym i… było po całym parterze.
Kiedy partnerstwo wróciło, to lokum już nie było, ale była straż pożarna, policja. Strażacy w try miga powiedzieli policjantom, jak doszło do eksplozji, co poskutkowało tymczasowym zatrzymaniem Karoliny R. i Zenona B. W kilka tygodni później Zenek zapoznał się z realnymi skutkami zapisu, który brzmi, jak następuje: „Utrata spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu może nastąpić w związku z zaległościami w regulowaniu opłat albo z dopuszczeniem się znaczących zniszczeń lub w przypadku innego drastycznego wystąpienia przeciwko przepisom prawa i regulaminowi spółdzielni. Spółdzielnia występuje wtedy do sądu, który może zdecydować o licytacyjnej sprzedaży prawa do lokalu”.
W oczekiwaniu na proces partnerstwo zamieszkuje w lokalu zastępczym, licząc koszty taniej energii. Wychodzi sporo.

