Akcji mobilizacyjnej w naszym wykonaniu nie można nic zarzucić. Matka alfa, generał, pułkownik i starszy szeregowy w jednym, już na początku sierpnia wybrała, zamówiła, przygotowała plecak wraz z pełnym wyposażeniem, odpowiednim zapasem zeszytów, ścieralnych długopisów, kredek, ołówków, flamastrów, klejów… I wszystkiego, co każdy, kto chodził do szkoły 30 lat temu, chciałby mieć w swoim tornistrze. Wszystko takie fajne, gadżeciarskie. A teraz może sobie kupić, jeśli ma w domu alibi w postaci ucznia. W połowie miesiąca pojawił się nowy strój do gimnastyki i galowy, bo przez wakacje – pozostawiając w nomenklaturze wojskowej – „w naszym pułku przybyło”… centymetrów oczywiście.
Z przydziału
W tym roku budżet kampanii wrześniowej nie jest tak napięty, jak poprzednie. 500+ nie dla nas, ale za to mamy darmowe podręczniki. – To znaczy, że nie będę mógł ze złości podrzeć niczego? – zracjonalizował sobie „dobrą zmianę” syn, przysparzając matce przedwczesnych zgryzot. Jeszcze wakacje, a on już wie, że będzie się złościć przy odrabianiu zadań? Prorok jakiś?
Matka w dodatku przeżywa rozterki, zupełnie jak ten dowódca, który nie wie, czy umacniać flankę wschodnią, czy jednak koncentrować szczupłe siły na południu. Trzy lata przyzwyczajała się do myśli, że po szóstej klasie syn napisze egzamin i wyfrunie do innej szkoły. Pod tym kątem też wybierała podstawówkę. Szkołę przyjazną dziecku, ale średnio – jak wieść gminna niesie i doświadczenie trzech lat podpowiada – przygotowującą dziecko do dalszych etapów edukacji. – To ma być sześć lat przyjaznej edukacji – myślała matka, posyłając do pierwszej klasy sześciolatka. Sześć, a nie – osiem, po których nieodwołalnie trzeba będzie (najprawdopodobniej, bo przecież NIC nie wiadomo) zdawać egzamin do szkoły średniej. Bez etapu pośredniego.
W okopach
Ale co tam myśleć o szkole średniej. Właśnie wkraczamy w kampanię wrześniową, która płynnie rozwinie się w całoroczne zmagania. Wojnę pozycyjną, jaką znały do tej pory tylko okopy Francji 100 lat temu. „Odrobiłeś lekcje? Dlaczego to jest nie skończone? Za co ta jedynka? Jak to skąd wiem, z Librusa wiem! Przygotowałeś się do klasówki? No, jak to kiedy, we wtorek!”.
Matka nie przesadza. Matka zna swoje dziecko jak zły szeląg.
Szkoła nie pomaga, niestety. Mówiąc między nami – szkodzi. Matka wyjść z podziwu nie mogła przez cały rok, że nauczyciel nie drze w strzępy zeszytu – konkretnie z angielskiego – i nie każe przepisywać od początku roku, widząc braki i bohomazy. Co tam „nie drze w strzępy”! On, to znaczy ona, w ogóle nie zwraca uwagi, że z zeszytu zrobił się brudnopis. – Ja to przynajmniej noszę zeszyt – usłyszała od ośmiolatka (!) matka. Tak, czasami. Bo w pierwszym semestrze miesiąc zeszyt leżał na szafce pod telewizorem, przykryty płytami. – Nie potrzebowałem – zarzekał się winowajca.
– Nie możesz wymagać więcej niż szkoła – przestrzegają matkę doświadczone przyjaciółki. Szczęściary, ich dzieci już są w połowie liceum. Zdążyły zapomnieć, że one jednak wymagały. – Odpuść! – kusi matka matki, powodując u tej ostatniej tachykardię, bo odpuszczenie nie było elementem strategii szkolnej, gdy brnęła przez kolejne szczeble edukacji w podstawówce. – Ty byłaś inna – tłumaczy matka matki. Tachykardia ustępuje, choć powoli.
W ogniu
No niech ktoś powie, że wszystko będzie dobrze! Że, na przykład, matka nie wyzionie ducha przy pierwszym dyktandzie, w którym będzie 14 błędów. – Dostanie skierowanie do poradni i orzeczenie o dysgrafii – pociesza empatycznie siostra matki. Albo że nie trafi matkę najjaśniejszy szlag po pierwszym sprawdzianie z tabliczki mnożenia. – W czwartej klasie na początku nauczyciele są bardzo surowi, a potem trochę odpuszczają – koi nerwy doświadczona przyjaciółka.
Tak mówcie matce! Tak mówcie wszystkim matkom czwartoklasistów, zwłaszcza tych, którzy zaczynają czwartą klasę jako dziewięciolatki. Przynajmniej przez chwilę pomyślą: „Kurczę, może naprawdę nie będzie aż TAK strasznie”.
A potem sobie uświadomią, że w tym roku nauczyciele mogą być wyjątkowo wściekli, bo wiedzą, że wkrótce co trzeci z nich wyleci na bruk. Podobno pani minister będzie mieć dla nich ofertę – mogą się przekwalifikować na asystentów dzieci o szczególnych potrzebach edukacyjnych.
No więc, jakby to ująć dyplomatycznie… Matka nie sądzi, by taka ścieżka kariery zawodowej spotkała się z powszechnym aplauzem. A także, by dzieci o szczególnych potrzebach edukacyjnych zasłużyły sobie na taki los.

