Strona główna Finanse Lichwiarze do więzień!

Lichwiarze do więzień!

0
Lichwiarze do więzień!

Dotychczas politycy na lichwiarskie pożyczki patrzyli przez pryzmat przestępczości przeciwko obrotowi gospodarczemu i prawu o kredycie konsumenckim. Kontrolowali banki, parabanki firmy pożyczkowe, SKOK-i. Nie zwracali natomiast uwagi na tzw. prywatnych pożyczkodawców, czyli na klasycznych lichwiarzy – przestępczość zorganizowaną opisaną w Kodeksie karnym.
Czarny rynek
Prywatne pożyczki udzielane są przez lichwiarzy pod zastaw nieruchomości. Chodzi im o to, by je bezprawnie przejąć. W internecie wiszą tysiące ogłoszeń o prywatnych pożyczkach. Jest też masa anonsów zdesperowanych dłużników miotających się w pętli zadłużenia, którzy sięgną po każdy sposób, by jakoś okiełznać długi. To potencjalne ofiary. Ludzie naiwnie sami pchający się w przestępcze łapy, by dać się bezlitośnie wykorzystać. Ten proceder ma niewiele wspólnego z biznesem, gospodarką i rynkiem pożyczkowo-kredytowym.
Lichwa to dziś świetnie zorganizowana przestępczość. Bardzo dochodowa. Zaangażowani są w nią nie tylko lichwiarze (ci, którzy pożyczają osobiście), ale też inwestorzy wykładający pieniądze na lichwiarski proceder. Niewykluczone, że chodzi o pranie pieniędzy z innego rodzaju przestępczości. Są też pośrednicy naganiacze, którzy publikują ogłoszenia w internecie, mediach albo łowią ofiary poprzez firmy doradztwa finansowego. Robią to pod hasłem: „pożyczka bez BIG i sprawdzania historii kredytowej”. Kolejne ogniwa to „zaprzyjaźnieni” notariusze preparujący niekorzystne dla pożyczkobiorców akty notarialne oraz „ludzie słupy”, na których przewłaszcza się lub którym „sprzedaje” się (z iluzoryczną gwarancją zwrotu po spłacie zadłużenia) lokale. Na końcu tego łańcuszka są jeszcze agencje nieruchomości, które odkupują przejęte mieszkania i upłynniają je dalej.
To nie biznes, a gangsterka
Lichwiarzy i wszystkich, którzy z nimi współpracują lub ich chronią, trzeba wsadzać do więzień. Mam w tej sprawie radykalne poglądy. Dlaczego?
Od siedmiu lat piszę o przejętych mieszkaniach, o lokatorach i ich dramatach, a przede wszystkim o wyzysku, którego doświadczyli. Towarzyszyłam eksmitowanym z własnych mieszkań, które lichwiarz od razu przejmował z rąk komornika. Wszystko zgodnie z wyrokiem sądowym, choć Kodeks karny zawiera przecież przepis mający zastosowanie przeciwko lichwiarzom. Ile razy pisałam o lichwie, zawsze zwracałam uwagę właśnie na ten przepis. Art. 304 k.k. mówi: „Kto, wyzyskując przymusowe położenie innej osoby fizycznej, prawnej albo jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej, zawiera z nią umowę, nakładając na nią obowiązek świadczenia niewspółmiernego ze świadczeniem wzajemnym, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Ale prokuratury rzadko tak kwalifikują lichwę. Teraz do „304” ma zostać dopisany jeszcze jeden paragraf: „Kto, w zamian za udzielone osobie fizycznej świadczenie pieniężne, niepozostające w bezpośrednim związku z prowadzoną przez nią działalnością gospodarczą, żąda od niej odsetek, wynagrodzenia lub jakiegokolwiek innego świadczenia pieniężnego z tytułu udzielenia świadczenia, o łącznej wartości przekraczającej równowartość należnych odsetek maksymalnych, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Przepis powinien mocno uderzyć w prywatnych pożyczkodawców.
Wobec pożyczek udzielanych między przedsiębiorcami w dalszym ciągu będą obowiązywać dotychczasowe zasady.
Bez udowadniania, że nie jesteś wielbłądem
W latach 2008–2010 prawie 90 proc. postępowań dotyczących lichwy umorzono lub w ogóle odmówiono wszczęcia. Tylko w 20 sprawach doszło do aktu oskarżenia. W 2014 roku – jak podaje policja na swojej stronie internetowej – wszczęto 46 postępowań (z art. 304 Kodeksu karnego) przeciwko gangsterom pożyczkodawcom. Z tych danych widać, jak trudno dłużnikom dochodzić sprawiedliwości.
Dotychczas prokuratury i sądy miały problemy z doszukaniem się w lichwiarskim działaniu premedytacji i znamion przestępstwa. Zazwyczaj takie formułki prawne wpisywane są w uzasadnienia umorzeń postępowań lub w sądowe wyroki korzystne dla lichwiarzy. Do tego ofiara musi udowodnić, że była w przymusowej sytuacji, a pożyczkodawca o tym wiedział i fakt ten wykorzystał.
Gwoździem do trumny dłużnika wkręconego w prywatną pożyczkę jest podpisany przez niego akt notarialny. Jeśli ktoś podpisuje akt notarialny przewłaszczenia lokalu lub jego sprzedaży ze złudną gwarancją odzyskania go, gdy spłaci zobowiązania, musi – zdaniem sądów i prokuratur – wiedzieć, co robi. Przecież dokument jest sporządzony przez notariusza –  funkcjonariusza państwa i osobę zaufania publicznego. Potem nieuczciwi notariusze zeznają, że wszystko zostało zrobione zgodnie z prawem. Mają na to nawet świadków. Kogo? Lichwiarza i podstawionego przez niego „człowieka słupa”, oficjalnie przejmującego nieruchomość.
Dlatego – zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości – czynności notariuszy powinny być nagrywane. Niedawno o to samo apelował Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich. To pomysł na odstraszenie notariuszy zwolenników interesów z lichwiarzami.
10 proc. i ani grosza więcej
Choć mamy już ustawy antylichwiarskie ograniczające oprocentowanie kredytów konsumenckich (do 22 proc.) udzielanych przez banki, parabanki i wszelakie firmy pożyczkowe, nie mają jednak one zastosowania do pożyczek z ręki do ręki między Kowalskim a Malinowskim.
W przygotowywanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości przepisach wszelkie pożyczki będą mogły być udzielane co najwyżej na 10 proc. w skali roku. Sam pomysł, by ograniczyć oprocentowanie nie jest zły, ale chyba minister poszedł za daleko. 10 procent?! Przy takiej górnej granicy odsetek od kredytu bankowego czy pożyczki zaciąganej w SKOK-ach lub Providencie, mówiąc pół żartem, pół serio, szefowie znanych banków, nie wyłączając Grzegorza Biereckiego, prezesa Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej i senatora PiS, mogą iść na pięć lat do więzienia. Taką sankcję przyjęto za przekroczenie nowej granicy oprocentowania.  SKOK-i reklamują się w internecie, że rzeczywista roczna stopa oprocentowania wynosi u nich 17,92 proc. 
O lichwie piszę, piszę i piszę. Próbowałam tym problemem zainteresować polityków (zareagowała jedynie senator Lidia Staroń), prokuratorów, ministrów sprawiedliwości i policję. Wstyd się przyznać: zainteresowanie było akcyjne lub przedwyborcze. Potem zapadała cisza. Mam nadzieję, że tym razem się tak nie skończy.