Marcin K. wiele lat temu opuścił łódź podwodną ORP XYX (tajne) oraz całą marynarkę wojenną. Nie poszedł jednak w ślady Leszka M., politykiem nie został i nie był premierem, choć łódź podwodna była ta sama. Po wojsku Marcin podjął stanowcze postanowienie poślubienia majętnej żony i trzymania się z dala od morza.
Pierwsze poszło nad wyraz łatwo i szybko, jednak z drugim było gorzej, choć – zapewne – nie miało to najmniejszego wpływu na dalsze losy ekspodwodniaka. Beata – 170 cm, 93 kg (przed ślubem!) posiadała wielki dom z poniemiecką stodołą, 11 ha, umierającego ojca (matka odeszła wcześniej), ochotę na małżeństwo i żadnych długów. Tyle że było to w województwie zachodniopomorskim, a więc niedaleko Bałtyku. Ale co tam! Serce nie sługa, Beata apetyczna, dom wielki, hektary – no, ujdą w tłoku… I ślub rychło się odbył.
Wkrótce po ślubie Marcin z Beatą zostali zdani sami na siebie, bo tatko odszedł na drugą stronę. Szybko i bez kłopotu. Równie szybko małżeństwo K. (i w kościele, i w urzędzie, trzeba zaznaczyć!) dokonało niezbędnych formalności stając się wespół zespół posiadaczami całej 11-hektarowej gospodarki, domu, no i tej ogromnej stodoły, z którą początkowo nie wiadomo było, co robić.
I wtedy pojawiły się kury w liczbie kilku tysięcy od razu. Zaludniły wielką stodołę w celu notorycznego i permanentnego znoszenia jaj na sprzedaż. Udało się: ptaki robiły, co do nich należało, odbiorca z sieci „Wiewiórka” dwa razy w tygodniu odbierał nabiał, a raz w miesiącu uiszczał kwotę całkiem dostatnią. Wówczas Marcin zaczął dumać o rozbudowie kurzego interesu.
W tym samym czasie żona Beata zaszła w ciążę oraz na kursy komputerowe – obydwa kończąc z sukcesem. Sukces pierwszy nosił na imię Malwina (3,2 kg po urodzeniu, słoma włosów na główce), drugi był PC z modemem internetowym (1,8 tys. zł z podłączeniem). W stadle nastąpił podział obowiązków: Marcin karmił ptaki, gromadził jaja, pakował i ładował na furgony „Wiewiórki”, a Beata karmiła Malwinę, coś tam sprzątała, od czasu do czasu robiła makaron z sosem (lub bez) dla małżonka i zajmowała się tym całym Internetem.
To chyba ten Internet ściągnął na ich głowy nieszczęście – no bo co innego, przecież ślub kościelny mieli!? Najpierw Beata wynalazła w Internecie jakąś nową rasę kur, o angielskiej nazwie nie do powtórzenia, które to kury podobno niewiele żarły, za to niosły się na potęgę. Zaraz potem w telewizji powiedzieli, że na Zachodzie jakaś plaga kładzie drób w skali masowej (ptasia grypa czy jakoś tak), a dwie doby potem stodoła państwa K. zamieniła się w zbiorowy cmentarz skrzydlaków.
– Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – oznajmiła Beata Marcinowi, który po 49-godzinnej harówce wrócił z łopatą w ręku z hurtowego pogrzebu niosek. – Dezynfekcja, zamówienie nowych kur w Anglii i będziemy bogaczami!
– Niech będzie – bąknął jej mąż i tak, jak stał, w ubraniu zwalił się na purpurową amerykankę, zasypiając w locie. W tzw. międzyczasie dyskont „Wiewiórka” zerwał umowę na dostawę jaj i zażądał stosownej i finansowej rekompensaty za swoje „ogromne” straty.
Po gruntownym nakarmieniu Malwiny Beata wzięła się do roboty, za pomocą Internetu rzecz jasna. Zamówiła kury, ale okazało się, że ptaki przylecą (samolotem) z Wielkiej Brytanii dopiero po uiszczeniu rachunku, sporego rachunku. Tyle na koncie państwo K. nie posiadali. Prawdę mówiąc, to na tym koncie była kompletna plaża. Bo remont domu, bo nowe auto (Audi prawie nieużywane z Niemiec), bo podatki, bo zakup paszy, witamin, środków grzybobójczych itd.
W pobliżu ich miejscowości był jeden bank, a banki – jak wiadomo – służą pożyczaniu pieniędzy. Małżeństwo K. oraz angielskie kury bardzo tego potrzebowali, bo – jak się okazało – ptaki pierwsze jaja zniosą dopiero po kilku miesiącach. Wprawdzie żrą rzeczywiście mało, niemniej żrą. To kosztuje. Potrzeby oceniono na 80 tys. zł. Bank pożyczył na 7,5% plus oprocentowane ubezpieczenie kredytu, z wakacjami miesięcznymi.
Kury żarły, ale się nie niosły. Zima była jak cholera, więc trzeba było dokupić węgla. Przyszła wiosna, forsa z banku się skończyła, za to nadeszła burza, piorun strzelił w poniemiecką stodołę, która dokumentnie się sfajczyła. Kury, wraz ze stodołą, niestety też.
Marcin z Beatą pojechali do banku, by odłożyć raty i spytać o nową pożyczkę. Odpowiedzi na obydwa pytania były: nein, no, non, niente, co na polski przekłada się jako: „NIE! I stanowczo Nie!!!”.
Ale od czego jest Internet?! Pani Beata od razu natrafiła na taką informację: „Pożyczki – 1 000 zł; łączna kwota odsetek – 94,63 zł; opłata przygotowawcza – 116,00 zł; roczna stopa oprocentowania – nieco ponad 12%; czas obowiązywania umowy – 56 tygodni; wysokość tygodniowych rat: 32,69 zł; całkowita kwota do zapłaty przez klienta – 1380,65 zł; Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania – 76,5%; łączne zobowiązanie do spłaty – 1930,95 zł; Spłata kredytu jest zabezpieczona ubezpieczeniem”. Przemnożyła sobie w zeszycie w kratkę przez 100 i wyszło jej tyle, ile wyszło – że zapłaci dwukrotność otrzymanej kasy. Po drodze do sklepu Beata zastanawiała się, dlaczego 1 000 zł + 1 380,65 zł = 1 930,95 zł, ale decyzja już zapadła: nein – mówiąc po niemiecku.
Niemniej kury nie żyły, jaj nie było, a ekspodwodniak Marcin nadal leżał w ciężkiej depresji na purpurowej amerykance oglądając TV, co tylko ową depresję pogłębiało. Beata postanowiła ratować swój (i Malwiny) byt, drobiowy interes, dom, który na szczęście nie spłonął oraz małżeństwo, do którego miała coraz mniej przekonania. Koło kapliczki przydrożnej, na topoli przyczepiona była karteczka następującej treści: „Natychmiastowe /24 h/ pożyczki do 200 tys. zł! Korzystne warunki. Oprocentowanie niższe niż w bankach!!! Możliwość renegocjacji kredytu. Zaświadczenia niepotrzebne!!! Wymagana jedynie hipoteka nieruchomości”. I numer telefonu komórkowego.
Więc Beata pod ten komórkowy numer zadzwoniła. Przyjechał młodzian przystojny i elegancki, zupełnie jak z programu „I ty masz talent”, a mówił jak z programu „Zaśpiewam lepiej niż śnisz!”. W błyskawicznych abcugach przekonał już ponad 100-kilową małżonkę Marcina: że jest kobietą niebywałej atrakcyjności, że na swojej profesjonalnej ścieżce nie napotkał jeszcze takiej business woman, że taka pożyczka to „pryszcz” finansowy, a kury – obok diamentów – to najlepszy interes na świecie. Po czym między młodzianem a panią Beatą doszło do tego, do czego doszło, na otomanie innej niż ta, na której akurat spoczywał Marcin. Usatysfakcjonowana owym zajściem pani K. bez mrugnięcia okiem podpisała garść papierów, także bez wnikania w ich treść, którą jakiś cymbał napisał drobnym drukiem, a przecież ona, Beata, nie będzie przy tak namiętnym młodzianie zakładała okularów 1,5 dioptrii plus!
Finał był taki: przelewem do państwa K. przyszło 10 tys. zł wraz z wezwaniem do uiszczenia opłat manipulacyjnych o wartości 6,7 tys. zł za przeniesienie własności domu z państwa K. na bliżej nieznanego Arnolda M. Zaraz potem nadjechał meblowóz, w celu opróżnienia nieruchomości z ruchomości. Eksmarynarz Marcin postawił się, meblowóz przegonił, komornika (ten zjawił się niczym diabełek z pudełka) przekonał, by egzekucji nie dokonywał, a następnie w trybie superpilnym zbył poniemieckie Audi za 2/3 ceny rynkowej. Marcin K. zawiadomił też telewizję w osobie znanej od kilkudziesięciu lat pani redaktor, która obiecała przyjechać wraz z ekipą. W międzyczasie Beata wraz z Malwiną oddaliły się w nieznanym kierunku, bynajmniej jednak nie tam, skąd przybył nadobny młodzian. Chcieli Państwo happy endu? Nie będzie.