Zadłużenie publicznych szpitali wynosiło pod koniec ubiegłego roku niemal ok. 10 mld złotych. Co piąta złotówka – to długi wymagalne (zobowiązanie, którego termin płatności minął, a które nie zostało przedawnione ani umorzone). W tym roku zadłużenie się nie zmniejszy. Szpitale przewidują, że pakiet onkologiczny, do którego większość przystąpiła, by otrzymać kontrakt na ubiegłorocznym poziomie, ostatecznie pogrąży je finansowo. Ale alternatywa była jeszcze gorsza: NFZ placówkom, które nie chciały przystąpić do pakietu, proponował kontrakty nawet o jedną trzecią niższe od ubiegłorocznych.
Zobowiązania wymagalne
Ministerstwo Zdrowia na swojej stronie internetowej podaje dane o zobowiązaniach wymagalnych szpitali. To najpoważniejszy problem publicznych szpitali – od tych długów rosną odsetki, możliwe są też zajęcia komornicze. Najnowsze dane są niepokojące: zobowiązania wymagalne wynoszą niemal 2 mld zł, z czego ponad 1,7 mld zł szpitale są winne usługodawcom i dostawcom sprzętu i leków. Z tych 2 mld zł ponad 730 mln złotych to długi największych szpitali – instytutów medycznych oraz szpitali klinicznych. Tych jest w skali kraju nieco ponad 30. Niechlubnym liderem w zestawieniu największych dłużników jest Centrum Zdrowia Dziecka – ponad 300 mln złotych długów. Ponad 1,2 mld zł przypada na szpitale podległe jednostkom samorządu terytorialnego – w sumie kilkaset placówek.
Co może niepokoić? Od kilku lat mimo różnych działań naprawczych wartość zadłużenia publicznych placówek medycznych praktycznie nie maleje. A tak naprawdę rośnie. Dlaczego? Bo globalna suma się nie zmienia, zmniejsza się natomiast liczba szpitali uwzględnianych w tym zestawieniu. Obejmuje ono tylko szpitale mające status samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Kondycji finansowej szpitali, które zostały przekształcone z SP ZOZ w spółki prawa handlowego – ministerstwo nie bada.
W 2013 r. zobowiązania ogółem publicznych podmiotów w ochronie zdrowia sięgały 9,9 mld zł, w 2012 r. – 10,6 mld, w 2011 r. – 10,4 i w 2010 r. – 9 mld 963 mld zł.
Nie zmienia się też rozkład długów. Największe mają szpitale w dwóch najbogatszych regionach: na Mazowszu i na Śląsku – odpowiednio ponad 1,5 i ponad 1,1 mld zł. Najmniej długów mają szpitale w Lubuskiem (90 mln zł, z czego zdecydowana większość przypada na jeden zadłużony szpital w Gorzowie Wielkopolskim) i Opolskiem – 121 mln zł. Paradoks? Tylko pozornie. Na Mazowszu i na Śląsku nie tylko jest bardzo dużo szpitali, ale też są to bardzo często jednostki wysokospecjalistyczne – szpitale kliniczne, instytuty, a także specjalistyczne szpitale samorządowe. Często przyjmują pacjentów również z województw ościennych, a także całego kraju. A skoro za pacjentem nie idzie pieniądz, tylko długi… – Leczę, więc jestem zadłużony – mówił mi przed kilkunastoma laty jeden z byłych już dyrektorów instytutu medycznego.
Tylko dylematy nie mają limitu
W tym roku poziom zadłużenia szpitali najprawdopodobniej jeszcze wzrośnie. Powód? Wraz z wprowadzeniem pakietu onkologicznego, który ma przyspieszyć diagnostykę i terapię chorych na raka, Narodowy Fundusz Zdrowia w znaczący sposób zmienił zasady finansowania świadczeń. Teoretycznie wartość kontraktów dla szpitali nie zmniejszyła się – przynajmniej w stopniu zauważalnym. Jednak kontrakty zostały podzielone na dwie części: jedna obejmująca wszystkie świadczenia nieobjęte pakietem onkologicznym – i w tej części obowiązują limity, czyli szpital nie może wykonać więcej usług, niż Fundusz zakontraktował. Za świadczenia wykonane w ramach pakietu onkologicznego NFZ ma płacić szpitalom bez limitów. Problem polega na tym, że jednostkowa wartość świadczeń została ścięta nawet o 40 proc. Świetnym przykładem jest drogie, ale często wykonywane w onkologii badanie PET (badanie tomografem pozytonowym przy użyciu radioaktywnego izotopu). PET zleca się pacjentom z zaawansowanym nowotworem, ale może służyć też do wstępnej diagnostyki – jeśli inne metody zawodzą. Do grudnia 2014 r. NFZ za każde wykonane badanie płacił ponad 4 tysiące zł. Teraz będzie płacić 3,3 tys. zł, ale tylko za badania pacjentów, którzy nie mają zielonej karty. Bo za diagnostykę pacjentów leczonych w ramach pakietu onkologicznego NFZ płacić będzie ryczałtem, który obejmuje zapłatę za porady lekarskie i badania specjalistyczne wykonywane w ramach wstępnej, a potem pogłębionej diagnostyki nowotworowej. Diagnostykę raka prostaty Fundusz wycenił na 350 złotych (koszt tomografii to ok. 400 złotych, a to tylko jedno z badań, które powinno być wykonane). Najwyższy ryczałt przypada na nowotwory płuc – 1,5 tysiąca złotych. I z tych pieniędzy lekarze powinni opłacić, jeśli jest potrzeba, badanie PET. Efekt? Lekarze stają przed wyborem – leczyć pacjenta ścieżką pozapakietową (i szybko wyczerpać limit wyznaczony przez NFZ) lub leczyć go „w pakiecie”, narażając placówkę na straty – bo w tej chwili widać wyraźnie, że koszty diagnostyki przekraczają wartości ryczałtów. Problem w tym, że jeśli zbyt wielu kosztownych pacjentów zostanie wypchniętych do puli pozapakietowej, limity szybciej się wyczerpią, i w drugiej połowie roku szpitale będą musiały ograniczyć swoją działalność – albo pogłębiać zadłużenie. Dotyczy to wszystkich szpitali, które przystąpiły do pakietu onkologicznego – bo w praktyce niższe wyceny świadczeń nie dotyczą tylko diagnostyki, ale wszystkich procedur medycznych. Z szacunków ekspertów wynika, że duże szpitale onkologiczne w wyniku obniżenia stawek za chemioterapię i radioterapię stracą ok. 800 tysięcy miesięcznie. Rocznie – tylko na tych dwóch procedurach – strata może wynieść nawet 9 mln zł. I nie zrekompensują jej większe przychody z tytułu nielimitowanych świadczeń – bo limity zostały zniesione tylko częściowo. – Oby pakiet onkologiczny nie stał się prostą drogą do katastrofy finansowej szpitali – wzdychali na przełomie grudnia i stycznia dyrektorzy szpitali. Wszystko wskazuje, że ich pesymizm był po prostu realistyczną oceną sytuacji.