Zatrudniony na pełen etat Polak powinien chodzić do pracy przez ok. 225 dni w roku. Oprócz sobót i niedziel odpoczywa także podczas 13 dni ustawowo wolnych od pracy (cztery z nich przypadają w 2016 roku w niedzielę) i podczas urlopu. W sumie statystyczny Kowalski na fajrancie przebywa przez ponad 140 dni rocznie, czyli niemal 40 proc. czasu. W praktyce przeciętny pracownik pojawia się w pracy jeszcze rzadziej. Jak wynika z danych ZUS, średnio przez ponad dwa tygodnie w roku jest na zwolnieniu lekarskim. Leżenie w łóżku z gorączką może i trudno nazwać wolnymi dniami, jednak w pracy jest wówczas nieobecny.
Urlopowy paraliż
Wolne przypadające we wtorek lub czwartek stanowi dla pracowników nie lada gratkę. Wystarczy bowiem wziąć jeden dzień wolny, aby móc cieszyć się aż czterodniowym weekendem. W maju z taką sytuacją mieliśmy do czynienia dwukrotnie. Święto Konstytucji 3 maja przypadało akurat na drugi dzień tygodnia, natomiast Boże Ciało – jak zwykle – w czwartek. Zgodnie z Kodeksem pracy pracodawca nie ma prawa narzucić pracownikowi terminu urlopu. Jeśli więc życzy sobie jeden dzień wolnego, np. 2 maja, powinien go dostać. Kiedy jednak dwie trzecie pracowników poprosi o urlop w ten sam dzień, grozi to paraliżem firmy, i właściciel ma prawo odmówić udzielenia urlopu.
Co jednak zrobić, kiedy już opłaciliśmy wczasy dla całej rodziny, dzieci odliczają dni do wyjazdu, mąż już ma urlop, babcia obiecała zająć się domem podczas naszej nieobecności? Pozostaje wziąć urlop na żądanie. To pula czterech dni w ramach 26-dniowego urlopu, na które pracodawca musi się zgodzić. O tym, że nie będzie nas danego dnia w pracy możemy powiadomić nawet na godzinę przed jej rozpoczęciem, wysyłając przełożonemu e-maila bądź esemesa. Właściciel firmy tylko w wyjątkowej sytuacji może takiego oświadczenia nie przyjąć. Kwestię argumentacji prawnej precyzuje mecenas Michał Szuszczyński, wykładowca poznańskiej WSB. Tłumaczy, że jeśli spór dotyczy kogoś, kto pracuje np. jako kierowca karetki i jest jedynym pracownikiem w danym dniu, który może ją prowadzić, sąd wówczas przyzna rację pracodawcy. Jeśli jednak pracujemy w biurze, a nasza nieobecność poskutkuje tylko stosem niepodpisanych dokumentów czy niewydrukowanym raportem – prawo prawdopodobnie będzie po naszej stronie. Jeśli pracodawca odmówi nam urlopu na żądanie i nie będzie umiał swej decyzji przekonująco uzasadnić, naraża się na karę do 30 tys. zł.
Licznik bije
Polacy należą do najbardziej zapracowanych europejskich narodów. Z raportu OECD wynika, że w 2013 roku przeciętny Polak przebywał w pracy przez 1918 godzin. Na starym kontynencie więcej od nas pracowali jedynie Łotysze (1928 godzin) oraz Grecy (2060 godzin). Jeszcze więcej czasu na wykonywanie swoich zawodowych obowiązków przeznaczali obywatele Korei Południowej oraz Meksyku. Pracowali odpowiednio: 2163 godziny i 2237 godzin w roku. Na drugim biegunie znaleźli się Niemcy, Norwegowie oraz Holendrzy. Pracowali 1420 godzin.
Podobnie wygląda to w ujęciu tygodniowym. Jak wynika z najnowszych danych Eurostatu, statystyczny Grek spędza w pracy prawie 41 godzin. W przypadku naszego kraju jest to już tylko 38,5 godziny, czyli de facto mniej, niż wynosi ustawowy 40-godzinny tydzień pracy. Najmniej zapracowani byli wspomniani Holendrzy, a także Duńczycy. U nich tydzień pracy kończył się już po 35 godzinach spędzonych w biurze bądź fabryce. Zaangażowanie pracowników w obowiązki zawodowe w dużym stopniu zależy od pory roku. Pomiędzy początkiem października a końcem grudnia statystycznie pracujemy najmniej. Najwięcej czasu – i to mimo tradycyjnego okresu urlopowego – swoim zawodowym obowiązkom poświęcamy latem, czyli w III kwartale roku. W Polsce czas spędzony w pracy wydłuża się w tym okresie do ok. 41 godzin, czyli o przeszło dwie godziny dłużej niż w pozostałych kwartałach.
Węgier na fajrancie
W bazie aktów prawnych Unii Europejskiej znaleźć możemy opracowanie na temat liczby dni ustawowo wolnych od pracy w poszczególnych krajach członkowskich. Polska z 13 dniami wolnymi znajduje się nieco powyżej unijnej średniej (12,2 dnia). Najwięcej, bo przez 15 dni, odpoczywają obywatele Węgier, Bułgarii oraz Łotwy. Dzień dłużej niż my labę mają Niemcy, Chorwaci oraz Słowacy. Na drugim biegunie znaleźli się pracujący w Hiszpanii, Szkocji oraz Walii. W ich przypadku ustawowo wolne – poza weekendami – jest zaledwie osiem dni w roku.
Oprócz świąt obchodzonych w poszczególnych europejskich państwach swoje święta mają także unijni biurokraci. Gdyby traktować Unię Europejską jako oddzielne państwo pod względem ilości wolnego byłby to kraj o największej liczbie ustawowych dni wolnych w Europie. W sumie administracja w Brukseli nie pracuje przez 18 dni w roku, a najważniejsze jej święto przypada 9 maja. Jest to Dzień Europy obchodzony w rocznicę prezentacji planu Schumana, na bazie którego powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, która później przekształciła się w Unię Europejską. Unijni urzędnicy mają wolne także pomiędzy 24 grudnia a 1 stycznia. Biznesmen bądź polityk przyjeżdzający w celach służbowych do stolicy Belgii bądź do Strasburga nie ma wówczas żadnych szans załatwić cokolwiek. Urzędnicza machina rusza bowiem ponownie dopiero po Nowym Roku.
Kaczka dziennikarska
W 2014 roku głośno zrobiło się na temat pomysłu Komisji Europejskiej, który zakładał wprowadzenie 35-dniowego urlopu we wszystkich państwach członkowskich. Więcej wolnego miało być rekompensatą dla obywateli krajów, które zdecydowałyby się podwyższyć wiek emerytalny. Pracownicy pracowaliby kilka lat dłużej, ale każdego roku mieliby więcej dni wolnych. Informację, którą jako pierwsza opublikowała „Gazeta Wrocławska”, powieliły wszystkie wiodące media w naszym kraju, donosząc, że stosowna dyrektywa została już zatwierdzona i wejdzie w życie od 2015 roku. Krótko po tym jedni pisali, że nikt w Brukseli o takim pomyśle nie słyszał, drudzy, że owszem projekt był, ale nie spotkał się z aprobatą europosłów. Polacy i tak mają długie, bo 26-dniowe wakacje (20 dni otrzymają pracownicy ze stażem krótszym niż 10 lat, uwzględniając w tym jednak także okres edukacji).
W Unii Europejskiej dłuższe, bo 30-dniowe, płatne urlopy przysługują jedynie Francuzom i Finom. Po dodaniu dni ustawowo wolnych (odpowiednio 12 we Francji i 13 w Finlandii) okazuje się, że to właśnie w tych krajach pracuje się najmniej dni w roku.
O dwa dni więcej niż Polacy mogą odpoczywać pracownicy w Wielkiej Brytanii. Jednak pracodawca może im zmniejszyć wymiar urlopu, jeśli w jakiś dzień roboczy przypada ustawowe święto.
Natomiast niemal połowa wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej ustanowiła długość urlopu na minimalnym poziomie dopuszczalnym przez Brukselę. Tylko na 20 dni wolnego mogą liczyć m.in. mieszkańcy Czech, Słowacji czy Litwy.
Wolne nie szkodzi gospodarce
Jak wynika ze wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego, w ubiegłym roku polskie PKB wzrosło o 3,6 proc. W tym roku ma być jeszcze lepiej. Bank Światowy przewiduje, że 2016 rok nasz kraj zakończy ze wzrostem gospodarczym na poziomie 3,7 proc. Jeśli podzielimy wielkość naszego produktu krajowego brutto przez liczbę dni w roku, wyjdzie nam, że codziennie w Polsce wytwarzane są dobra i usługi o wartości 4,9 mld złotych. Aż dziw bierze, że rząd nie doszedł jeszcze do wniosku, żeby w pogoni za wyższym wzrostem gospodarczym ograniczyć nam liczbę dni wolnych od pracy. Myśląc w ten sposób, dojdziemy do wniosku, że już samo skrócenie urlopu do unijnego minimum (20 dni) zapewniłoby Polsce dodatkowe 25 mld zł, czyli aż 1,4 proc. PKB. Gdyby tak zrobić, rozwijalibyśmy się nie w tempie 3,6–3,7 proc. rocznie, ale aż 5–5,1 proc. Takie kalkulacje są jednak absolutnie błędne! Polacy, jak i zagraniczni odbiorcy, którym polskie firmy sprzedają swoje wyroby, mają przecież ograniczone możliwości konsumpcyjne. Gdyby był popyt na więcej produktów i usług, dawno już by ich powstawało więcej. Przedsiębiorstwa mają bowiem ku temu możliwości. Według kwietniowych danych GUS wykorzystanie mocy produkcyjnych, które posiadają rodzime firmy, wynosi niespełna 78 proc. W razie potrzeby mogłyby więc wytworzyć o ponad jedną piątą więcej dóbr niż obecnie. Z tego powodu kilka dodatkowych dni, kiedy fabryka zupełnie nie pracuje bądź część jej pracowników jest na urlopie, nie ma dla gospodarki większego znaczenia. Ten krótki przestój firma może sobie łatwo zrekompensować poprzez podkręcenie swojej produkcji, kiedy wolne się skończy.
Bat nie działa na pracownika
Olbrzymie rezerwy tkwią także w pracownikach, ale przymuszenie ich do dłuższej i cięższej pracy nie jest ani proste, ani korzystne. Z badań przeprowadzonych przez firmę Compass & Partners wynika, że przeciętny pracownik zaledwie 36 proc. czasu poświęconego na pracę wykorzystuje efektywnie. W pozostałym przyjmuje postawę „aby tylko przetrwać” do końca dniówki. Kiedy się dowiaduje, że musi zostać na nadgodziny, jego efektywność jeszcze spada.
Rozwiązaniem okazuje się nienormowany czas pracy. Coraz powszechniej stosowany m.in. w krajach Skandynawii. Nie chodzi już o odbębnienie pracy, ale o nastawienie pracownika, firmy, na osiągnięcie zamierzonego efektu. W takim modelu pracownik jednego dnia przebywa w biurze np. przez trzy godziny, a w następnym kilkanaście godzin. Takie podejście jest o wiele efektywniejsze i przede wszystkim zdrowsze. Nie chodzi przecież o to, żeby w imię wysokiego PKB zaharowywać się na śmierć, ale maksymalnie wykorzystywać posiadany potencjał. Działa to z korzyścią zarówno dla samego pracownika, jak i dla całej gospodarki.

