Długowieczność naszego społeczeństwa
niekiedy odbierana jest jak… epidemia,
która infekuje budżet państwa.
Który z zagrożonych dłużników ratuje życie?
Ministerstwo Zdrowia od wielu lat szuka odpowiedzi na to pytanie. Ratunkiem miała być „operacja komercjalizacja”, czyli przekształcenie podległych resortowi samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej (SPZOZ) w spółki kapitałowe. Zabieg ten wzbudzał wiele nadziei, ale w konsekwencji nie dał recepty na lepszy rozwój szpitali. Ustawodawca upuścił jedynie brudną krew, którą były długi publicznoprawne (zobowiązania wobec jednostek Skarbu Państwa) oraz dorzucił samorządom środki pomocowe na spłatę zobowiązań wobec wierzycieli prywatnych. Zgodnie z Ustawą o działalności leczniczej z 2011 r. wyzerowano licznik długów tym publicznym placówkom medycznym, które zdecydowały się na przekształcenie w spółki kapitałowe. Wiele szpitali, żeby poprawić swoje finanse, dokonało takiej przemiany jeszcze przed wejściem w życie ustawy, która regulowała proces przekształcenia. Od lipca 2011 r., kiedy ustawa zaczęła obowiązywać, reformę przeprowadziły 174 szpitale. Jak się okazało, nie był to dla wszystkich cudowny lek.
Ponad 1/3 z ogólnej liczby przekształconych placówek szpitalnych ponownie pakuje się w długi, a niektórym – jako spółkom prawa handlowego – grozi już upadłość
Całkowitą liczbę szpitali w Polsce, co do sztuki, trudno ustalić (szpitale resortowe nie występują w danych Ministerstwa Zdrowia), ale z danych Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) wynika, że w 2014 r. ze środków publicznych przeznaczonych na leczenie szpitalne korzystało 1068 po-dmiotów. Ta liczba zawiera podmioty stricte państwowe (467 SPZOZ) oraz podmioty prywatne i skomercjalizowane (w łącznej liczbie 601) – z tym, że skomercjalizowane można odczytywać pośrednio jako państwowe, ponieważ ich udziałowcami są osoby publicznoprawne.
Całkowite zadłużenie SPZOZ to ponad 10 mld zł, ale do oddania „na teraz”, czyli długów wymagalnych, państwowe szpitale mają 2,1 mld zł. Za te zobowiązania odpowiada organ nadzorujący, tj. Ministerstwo Zdrowia. Długi szpitali skomercjalizowanych to oddzielny już temat, bo odpowiedzialność za nie spoczywa na samorządach, które zechciały stać się ich właścicielami, ratując je często przed likwidacją.
Przykładem woli ratunku SPZOZ niech będzie Wojewódzki Szpital w Gorzowie Wielkopolskim (obecnie Wielospecjalistyczny Szpital, który w 2013 r. został skomercjalizowany – 100% udziałów objął samorząd województwa). W 2007 r. ta placówka była największym dłużnikiem wśród SPZOZ z kwotą zadłużenia 300 mln zł. Kolejni dyrektorzy szpitala byli bezradni wobec kilkudziesięciu wierzycieli i mnóstwa komorników. Doszło nawet do czynu karalnego z powodu ukrywania pieniędzy przed wierzycielami na tajnych kontach, żeby tylko móc wywiązać się wobec potrzebujących pomocy pacjentów. W 2013 r., z długiem 280 mln zł, szpital zmienił formułę prawną. Część długów wziął na siebie marszałek województwa. W oddłużeniu pomogło też Ministerstwo Zdrowia. Dziś szpital ma szansę na sukces ekonomiczny. Ale to tylko na razie jest szansa. Jak mówi jeden z moich rozmówców (lekarz), przekształcenie jest dobre tam, gdzie są warunki rozwojowo-biznesowe (możliwość wprowadzenia specjalistycznych usług medycznych, wydzierżawienie części szpitalnych nieruchomości itp.) i ktoś, kto potrafi to wykorzystać. W niektórych przypadkach często okazuje się, że komercjalizacyjna proteza została założona w złym miejscu.
Nad problemami finansowymi polskiej służby zdrowia pochylimy się niejednokrotnie na łamach „Eurogospodarki”, ale po tej rozmowie łatwo też konkludować, że z długowiecznością Polaków będzie musiał sobie radzić także borykający się z długami państwowy system ubezpieczeń społecznych, którego śladami podążę w kolejnym numerze.
W poszukiwaniu profesora Wilczura…
Wspólnie z doświadczonym ordynatorem (proszącym o zachowanie anonimowości) jednego z polskich szpitali roztrząsałem finansowy gnojownik naszej służby zdrowia. Obaj stwierdziliśmy, że przyczyny i skutki obecnej sytuacji, to temat na prace naukowe z zakresu wielu dziedzin.
Panie redaktorze, dla ludzi „z góry” recepta jest prosta: zlikwidować wszystko, co generuje koszty ponad limit. Dla nas lekarzy ta recepta też jest prosta: więcej pieniędzy na ratowanie ludzkiego zdrowia. Liczba chorych w Polsce wzrasta. Chodzi mi przede wszystkim o starszych ludzi, których w Polsce przybywa, bo współczesna medycyna daje im dłuższe życie. Ten wzrostowy trend się utrzyma i to już jest dla nas widoczne. Mówię etycznie „widoczne”, nie nazywam tego zjawiska problemem, bo dla lekarza to radość, jeśli utrzymuje czyjeś życie jak najdłużej. Niestety, przez „tych na górze”, długowieczność naszego społeczeństwa niekiedy odbierana jest jak… epidemia, która infekuje budżet państwa. Pula pieniędzy, którą dysponuje NFZ, od kilku lat rośnie zbyt wolno, a tu pacjentów przybywa, więc jak tu się nie zadłużać?! NFZ wydaje na szpitale tylko 43% swojego budżetu. Jednym szpitalom wystarcza, a innym brakuje. Często to uzależnione jest od mapy zamieszkania pacjentów.
Panie doktorze, zadłużenie szpitali rośnie też właśnie z powodu problemów związanych z realizacją umów z NFZ…
Oficjalnie Fundusz płaci tylko za ponadplanowe leczenie tylko w przypadku, kiedy ratuje ono ludzkie życie, ale i tu rzeczywistość okazuje się być dla nas lekarzy brutalna, bo często musimy pozywać Fundusz i udowadniać przed sądem, że ludzkie życie było zagrożone i pieniądze za zabiegi nam się należą. To jakieś kuriozum… Planowych zabiegów nie wykonujemy od 4 lat średnio na 3 miesiące przed końcem roku, bo kończą się środki z NFZ, a kolejka pacjentów jest długa i przekładana. Jak przemnoży się 3 miesiące przez 4 lata, to da nam to dodatkowy rok czekania. Dla przykładu, zabieg wycięcia migdałów to koszt rzędu 3 tys. zł. Jak szpital weźmie kredyt na planowe zabiegi, to z czego później spłaci raty?
Wymuszona likwidacja wielu zadłużonych szpitali jest kwestią czasu. Czy pan uważa, że można jeszcze uratować część z nich?
Odpowiedź jest trudna, bo powinna odpowiadać jeszcze na wiele bocznych pytań. Przede wszystkim na takie, który z zagrożonych dłużników ratuje życie i czy w pobliżu jest alternatywna jednostka? Po drugie, skąd na to wziąć pieniądze? Może trzeba prześwietlić rynek i sprawdzić, czy np. nie mamy za dużo niepotrzebnych przychodni…? Jeśli likwidator będzie patrzył tylko na bilans dłużnika, może ucierpieć na tym pacjent. Lekarze ze zlikwidowanych szpitali zaczną leczyć w swoich domach (prywatnie, bo z czegoś muszą żyć), a pacjenci będą podróżować po Polsce w poszukiwaniu „profesora Wilczura non profit”. Oczywiście, wykluczam chirurga wykonującego zabiegi we własnym domu. Solidaryzuję się z kolegami z prowincjonalnych placówek, ale z drugiej strony, jeśli likwidacja ich placówki nie wyrządzi nikomu krzywdy, a ich budżet zostanie przerzucony wraz z personelem do innych placówek, to jest to dobre rozwiązanie z ekonomicznego punktu widzenia. Musimy patrzeć też oczami pacjentów i lekarzy. Tu mamy czynnik czysto ludzki. Wielu lekarzy, którzy spędzili 30 lat w jednym szpitalu, będzie protestować przeciwko likwidacji zakładu, ich wierni pacjenci też. Z młodszym personelem nie będzie problemu, bo ten sam ucieka z tonących w długach szpitali. Zwolnień na wielką skalę wśród lekarzy raczej nie przewiduję, bo nas w Polsce raczej zaczyna brakować, ale jeśli chce się nie mieć długów, to trzeba w jakiś sposób ograniczyć wydatki, a zatem pewnie i liczbę personelu, na czym ucierpieć może pacjent.

