Przeciętny koszt wychowania dziecka od urodzenia do momentu osiągnięcia przez nie pełnoletności to nawet 190 tys. zł – wynika z raportu Centrum im. Adama Smitha. Jeśli poślemy je na studia, kwota ta wzrośnie do przeszło 250 tys. zł. Jeszcze wyżej koszty utrzymania szacują analitycy serwisu Money.pl. Ich zdaniem okres od kołyski do magistra kosztuje rodziców przeszło 400 tys. zł.
Różnica w szacunkach wynika z innego sposobu liczenia. Centrum im. A. Smitha do koszyka wrzuca ubranie, jedzenie, przybory szkolne oraz lekarstwa. Uwzględnia także zwiększone wydatki związane z użytkowaniem mieszkania, koszty opieki nad dzieckiem (niania lub czas spędzony z dzieckiem, a nie na zarobku), a także kieszonkowe oraz pieniądze przeznaczone na rozrywkę, np. wyjście do kina czy wesołego miasteczka. Natomiast dla Money.pl koszt edukacji to już nie tylko kupno zeszytów, ołówka i temperówki, ale także pieniądze wydane (nieważne czy z kieszeni podatnika czy rodziców) na nauczycieli czy sale lekcyjne i wykładowe. Tak samo portal podchodzi do kwestii zdrowia. Liczy nie tylko syrop czy tabletki do ssania na chore gardło, ale też koszt badań lekarskich i pobytu w szpitalu.
Tak czy siak z obliczeń wychodzi bardzo wysoka kwota, która dla wielu Polaków stanowi przeszkodę nie do przejścia. Zwłaszcza ci świadomi kosztów i stawiający sobie wysokie wymagania jako przyszli rodzice, odkładają decyzję o posiadaniu dzieci na później. Na krótką metę rozwiązuje to ich problem. W dłuższym terminie trwale szkodzi gospodarce i w przyszłości prawdopodobnie zwróci się przeciwko nim samym. Ceną za brak dzietności będą bowiem niskie emerytury, konieczność pracowania do 70. czy nawet 80. roku życia i zapewne konieczność płacenia wyższych podatków.
Polska się kurczy
W okresie wyżu demograficznego w latach 1975–1985 liczba dzieci rodzących się w naszym kraju przekraczała 650 tys. (w 1982 roku było to nawet 723 tys.). Dziś rodzi się niewiele ponad 370 tys. Jeśli ta tendencja się utrzyma, w 2050 roku – jak prognozuje Główny Urząd Statystyczny – maluchów przychodzących w Polsce na świat będzie niespełna 280 tys. Rosnąć będzie natomiast liczba zgonów. Już pod koniec obecnej dekady umierać ma prawie 400 tys. osób rocznie, czyli blisko 30 tys. więcej niż obecnie. W kolejnych latach będzie jeszcze gorzej. W 2035 roku liczba pogrzebów przekroczy 450 tysięcy, a polska populacja będzie kurczyła się w tempie ponad 100 tys. osób rocznie. Jeśli tego trendu nie uda się zahamować nasz kraj będzie skazany jeśli nie na całkowite wymarcie, to przynajmniej na poważne zmniejszenie liczby ludności.
Co prawda można tę lukę próbować zapełnić imigrantami. Już teraz do naszego kraju napływa coraz więcej obcokrajowców – przede wszystkim Ukraińców (według nieoficjalnych szacunków pracuje ich u nas od 300 do nawet 800 tys.). Tworzy to jednak ryzyko zjawiska, które już teraz jest widoczne m.in. w Niemczech. Według prognoz urzędu DeStatis z powodu napływu cudzoziemców w okolicach 2060 roku Niemcy mogą stać się w swoim kraju mniejszością etniczną.
W Polsce już w 2013 roku zagościła recesja demograficzna. Współczynnik przyrostu naturalnego wyniósł wówczas -0,05 proc. Oznacza to, że na każde 2000 osób mieszkających w Polsce, ubyła jedna. Rok później liczba urodzeń co prawda minimalnie przekroczyła liczbę zgonów (odnotowaliśmy przyrost naturalny na poziomie 0,01 proc.), jednak populacja naszego kraju znów się zmniejszyła. Powodem była rosnąca liczba Polaków wyjeżdżających za granicę.
Oficjalnych danych za 2015 rok jeszcze nie ma, ale wszystko wskazuje na to, że znów mieliśmy do czynienia z ujemnym przyrostem naturalnym, który swoją skalą znacznie przerósł ten z 2013 roku. Statystyki GUS-u za I półrocze 2015 roku pokazują bowiem, że liczba zgonów przewyższyła liczbę urodzeń aż o 13 tys. W kolejnych latach ubytek ludności ma jeszcze przyspieszyć. Państwowy urząd przewiduje, że za 20 lat ubędzie 2 mln Polaków. W 2050 roku będzie nas już niespełna 34 mln, czyli o ponad 11 proc. mniej niż obecnie.
Nie będzie bezrobocia?
Ujemny przyrost naturalny nie jest jednak największym problemem polskiego społeczeństwa. Jest nim natomiast lawinowo rosnąca liczba emerytów. W 2050 roku będzie niemal o połowę większa i sięgnie ponad 10 mln. O połowę mniej będzie za to pracujących, czyli tych, dzięki którym emeryci otrzymują co miesiąc pieniądze. Dziś jednego emeryta finansuje trzech pracujących. Za 35 lat na każdą osobę w wieku emerytalnym będą przypadać zaledwie dwie w wieku produkcyjnym. Gdyby nie ostatnia reforma i podwyższenie wieku emerytalnego byłoby jeszcze gorzej, a w połowie wieku te proporcje kształtowałyby się jeden emeryt na półtora osoby pracującej. Jeśli obecny rząd wywiąże się ze swojej obietnicy przedwyborczej, to te proporcje oczywiście zmienią się na niekorzyść przyszłych emerytów. Jest więc pewne, że w przyszłości przyjdzie nam pracować znacznie dłużej niż obecnie, a wypłacane emerytury będą znacznie niższe niż dzisiaj.
Ratunek w dzieciach
Polska należy do grona 10 państw o najniższym wskaźniku dzietności na świecie – wynika z raportu „The World Factbook” przygotowanego przez CIA. W 2014 roku statystyczna Polka w wieku od 15 do 49 lat posiadała zaledwie 1,3 dziecka. Jest to poziom znacznie niższy od tego, który gwarantuje prostą zastępowalność pokoleń. Według demografów, aby populacja danego kraju się nie kurczyła, przeciętna kobieta musi w ciągu swojego życia urodzić ok. 2,15 dziecka. Jeśli rodzi ich mniej – a tak dzieje się we wszystkich krajach Europy (najwyższy wskaźnik dzietności na poziomie 2,08 notowany jest we Francji) – społeczeństwo zaczyna powoli wymierać.
Trend ku mniejszej liczbie dzieci widoczny jest praktyczne we wszystkich zakątkach świata – w tym także w Afryce. Choć tamtejsze kraje nadal okupują pierwszą dziesiątkę listy państw o najwyższym wskaźniku dzietności, to jednak ich populacja rozrasta się już w znacznie niższym tempie niż jeszcze 30–40 lat temu. Dla przykładu w 1970 roku przeciętna Egipcjanka rodziła w ciągu życia blisko sześcioro dzieci. Dziś już niespełna trójkę.
Demograficzne wróżby
Malejąca liczba urodzeń dzieli demografów na dwa obozy. Jedna grupa się spodziewa, że ludność świata nadal będzie rosnąć w szybkim tempie, a pod koniec XXI wieku globalna populacja przekroczy 11 mld. Druga uważa, że kres wzrostu jest już blisko. Przedstawicielem tego drugiego podejścia jest m.in. Marek Okólski z warszawskiego Ośrodka Badań nad Migracjami. Jego zdaniem liczba ludności świata przestanie rosnąć, kiedy osiągnie granicę 9,5–10 mld osób.
To, co obserwujemy w Europie czy Ameryce, czyli koncentrację życia w miastach i stopniowe wyludnianie się wsi, zaczyna być coraz bardziej widoczne również w krajach Trzeciego Świata. A życie w dużych skupiskach miejskich nie sprzyja wysokiej dzietności. Powszechny pogoń za pieniądzem, kult konsumpcji czy szybkie tempo życia powodują, że duża część mieszkańców nie zamierza zakładać rodziny i mieć dzieci. Jeśli już o tym jednak myśli, to prawdopodobnie postawi nie na ilość, lecz jakość. Jedno, maksymalnie dwoje dzieci, by zapewnić im możliwie najlepsze warunki do życia – to ideał większości. Żyjące w dostatku i otoczone opieką „superdzieci” prawdopodobnie powielą scenariusz wyniesiony z domu, co z kolei doprowadzi do trwałego spadku globalnej populacji. Kto ma rację? Tego dowiemy się już w ciągu najbliższych kilkunastu czy kilkudziesięciu lat.
500+ pomoże?
Od 1 kwietnia ruszył program Rodzina 500+. Rząd liczy, że dzięki hojnym, jak na polskie warunki, zasiłkom uda mu się wygrać walkę z zerowym przyrostem naturalnym. Władza zapewne się spodziewa, że tytularne 500 zł miesięcznie skłoni rodziców do powiększenia swoich rodzin. Ma też zapewnić tym obecnie żyjącym lepsze wychowanie i warunki życia. W dokumencie oceniającym oczekiwane skutki programu przyjęto, że dzięki niemu co roku będzie rodziło się dodatkowo prawie 28 tys. dzieci. Gdyby tak się stało, Polsce udałoby się uniknąć demograficznej recesji.
Ekonomiści ostrzegają jednak przed wysokimi kosztami projektu Prawa i Sprawiedliwości. Będzie on kosztował podatników ponad 22 mld zł rocznie. Stanowi to niemal 8 proc. rocznych przychodów polskiego budżetu. Dla porównania w Niemczech, obciążenie fiskalne z tytułu zasiłku Kindergeld (w zależności od wielkości rodziny jest to równowartość 820–950 zł przypadających na każde dziecko) to niespełna 3 proc. łącznych przychodów centralnego budżetu. Dyskusyjne jest także to, czy dzięki programowi Rodzina 500+ w polskiej gospodarce uda się stworzyć dodatkowe miejsca pracy. 7 tysięcy nowych etatów możemy być raczej pewni. Będą to bowiem stanowiska dla urzędników zajmujących się wypłatami zasiłków. Dalszych 65 tysięcy już niekoniecznie. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej spodziewa się, że przyznane rodzicom środki w zdecydowanej większości (82 proc.) zostaną od razu skonsumowane. To z kolei miałoby przełożyć się na wyższy wzrost gospodarczy i skłonić pracodawców do przyjmowania nowych pracowników. Wyższy popyt – więcej miejsc pracy.
Logika rządu prawdopodobnie okaże się jednak błędna. W praktyce wielodzietne rodziny (według GUS w Polsce jest przeszło 900 tys. rodzin z trójką lub więcej dzieci, co oznacza minimum 1 tys. zł dodatkowego przychodu miesięcznie) mogą dojść do przekonania, że bardziej opłaca im się zrezygnować z pracy i zająć wychowywaniem potomstwa, niż chodzić do niskopłatnej pracy. Jeśli porzucą swojego pracodawcę, ten pozostanie z wolnym miejscem pracy (wakatem), na które będzie próbował znaleźć chętnego. Stanowiska pracy istnieć będą nadal, nie będzie jednak nikogo, kto chciałby je obsadzić. Być może rząd właśnie w ten sposób kalkulował te dodatkowe 65 tys. miejsc pracy w gospodarce?
Trend związany z odchodzeniem z pracy obserwowany jest już m.in. u dużych sprzedawców detalicznych, takich jak Lidl i Biedronka. Aby zatrzymać odpływ pracowników obie firmy musiały w ostatnim czasie podnieść im wynagrodzenia. Kasjerzy od 1 kwietnia (data nieprzypadkowa) otrzymują o kilkanaście procent więcej niż dotychczas.
Kopiuj – wklej
Według danych GUS w 2014 roku tylko trzy polskie województwa odnotowały przyrost naturalny przekraczający 1 promil (0,1 proc.). Najlepiej pod tym względem było w województwie pomorskim, gdzie w przeliczeniu na 1 tys. mieszkańców liczba ludności (po odjęciu tych, którzy przyjechali i wyjechali) zwiększyła się o dwie osoby. Oprócz tego wyraźnie rosły populacje Małopolski oraz województwa wielkopolskiego. Pod względem napływu ludności prym wiodło jednak Mazowsze. W tym regionie niski przyrost naturalny rekompensuje wysokie dodatnie saldo migracji. Mówiąc wprost – Warszawa stanowiła najsilniejszy w Polsce magnes dla osób szukających lepszych warunków do życia.
Dużo więcej jednak było regionów, w których zaludnienie zmalało. Najszybciej wyludniało się województwo świętokrzyskie. Na każdy 1 tys. mieszkańców ubyły przeszło trzy osoby. Znaczna depopulacja dotknęła także województwa łódzkiego, w którym liczba ludności w ciągu roku zmniejszyła się o 0,26 proc. (po wyłączeniu migracji był to region o najniższym przyroście naturalnym w Polsce). W gronie tym znalazło się także województwo podlaskie – ludność w ciągu roku skurczyła się w nim o 2,3 tys., tj. o 0,19 proc.
Tylko trzy demograficzne perełki nie muszą obawiać się o ubytek ludności i brak rąk do pracy. Oczywiście, jeśli dzieciaki, gdy podrosną, nie wyjadą do Warszawy lub w świat. Są to Pilawa, podwrocławskie Siechnice oraz przylegające do Warszawy Ząbki. We wszystkich wymienionych tempo przyrostu naturalnego jest dwucyfrowe. Oznacza to, że co roku na każde tysiąc mieszkańców przybywa tam ponad 10 osób. Tak szybko nie rozrasta się populacja żadnego państwa na świecie. Gdyby polskiej władzy udało się skopiować model demograficzny z tych miejscowości i rozszerzyć go na cały kraj, problemy starzejącego się społeczeństwa i spadku liczby ludności zostałyby trwale rozwiązane. Jeszcze przed końcem obecnej dekady polska populacja wzrosłaby powyżej 40 mln osób, a my przestalibyśmy się bać o niskie emerytury czy konieczność pracowania do osiemdziesiątki. Niestety, metoda „kopiuj – wklej”, choć skuteczna w wirtualnym świecie, w prawdziwym życiu nie funkcjonuje.
Zasiłki dla rodzin wychowujących dzieci nie są niczym nowym. Obowiązywały już w czasach PRL. Ówczesna władza mimo znacznie wyższego niż obecnie przyrostu naturalnego wspierała dzietność jeszcze dodatkowo. Tzw. bykowe obejmowało nieposiadających dzieci kawalerów po 21. roku życia (od 1973 rok po 25. roku). Być może niebezpodstawne byłoby przywrócenie takiego podatku? Skoro ktoś z wyboru, z oszczędności, swej wygody lub z serca pozostaje bezdzietny, to chyba sprawiedliwe, aby sam zapracowywał na swoją emeryturę.
Przed wejściem w życie programu Rodzina 500+ na zasiłek na wychowanie dzieci mogły liczyć jedynie najbiedniejsze rodziny. Od 1 listopada 2015 roku wynosił on w zależności od wieku dziecka od 89 zł do 129 zł miesięcznie. Przysługiwał jednak jedynie tym gospodarstwom domowym, których dochód w przeliczeniu na jedną osobę nie przekraczał 674 zł na miesiąc (lub 764 zł w przypadku, kiedy członkiem rodziny było niepełnosprawne dziecko).
Świadczenia dla osób wychowujących dzieci obowiązują w większości europejskich państw. We Francji kwota wsparcia uzależniona jest od liczby oraz wieku posiadanych dzieci. Rodzice jedynaków nie otrzymują nic. Mający ich dwójkę mogą liczyć na prawie 130 euro miesięcznie. W przypadku wielodzietnej rodziny z pięciorgiem dzieci jest to już 625 euro na miesiąc plus dodatkowe 64,7 euro na każde, które ukończyło 14. rok życia. Jeszcze wyższe kwoty wypłacane są w Niemczech. Dostają je także rodzice wychowujący tylko jedno dziecko. Jest to wówczas 190 euro miesięcznie. Wraz z liczbą potomstwa kwota zasiłku rośnie. W przypadku rodzin z piątką dzieci na pokrycie kosztów ich wychowania państwo każdego miesiąca wypłaca aż 1018 euro. Niewiele mniej daje się w Szwecji. Podstawowa kwota w przypadku jedynaka to równowartość 114 euro. Wielodzietna rodzina z piątką pociech na utrzymaniu może liczyć na ponad 730 euro. Znacznie mniej hojny jest natomiast węgierski rząd. Tu wysokość zasiłków także uzależniona jest od liczby dzieci. Rodzice jedynaków otrzymują co miesiąc równowartość 40. W przypadku dwójki dzieci jest to już prawie 43 euro na każde z nich. W przypadku rodzin posiadających więcej niż dwójkę dzieci na każdego potomka przypada wsparcie w wysokości blisko 52 euro miesięcznie.

