Jest drobnym rolnikiem, właścicielem zaledwie 15 ha gruntów ornych, ale drugie tyle dzierżawi od mieszczuchów, którzy biorą dotację obszarową i muszą się wykazać uprawą ziemi, bo na zdjęciach lotniczych lub satelitarnych można to sprawdzić. Z oczywistych względów nie podamy jego imienia i nazwiska.
– Wiem, że dotacja obszarowa przysługuje użytkownikowi, czyli mnie, a nie właścicielowi gruntu, ale gdybym się o nią upomniał, to straciłbym ziemię do dzierżawy. A więc mam na sumieniu pierwsze wykroczenie, ale takich jak ja jest w mojej wsi wielu, a w kraju tysiące – usprawiedliwia się rolnik. Popełnia jednak kolejne i jest ono też związane z dotacjami.
Wieś leży w powiecie gostynińskim, w gminie znanej z dużych plantacji truskawek. Dzięki nim oraz pracy ukraińskiej i białoruskiej młodzieży, która tu ściąga od połowy maja i pozostaje przez czerwiec, daje się zupełnie dobrze żyć z niewielu hektarów. Prawie cała użytkowana przez naszego bohatera ziemia jest obsadzona truskawkami. Żyta uprawia jedynie tyle, by mieć słomę na wyściełanie truskawkowych międzyrzędzi przed zbiorami. Po zaoraniu trzyletniej – podstarzałej już – plantacji truskawek jako poplon wysiewa gorczycę lub grykę, czyli rośliny miododajne. W ten sposób mimochodem wspiera polskie pszczelarstwo. Mógłby jednak spowodować szkody, gdyby za dnia robił opryski przeciw chwastom, chorobom grzybowym, a zwłaszcza wykorzystując pestycydy przeciw szkodnikom, bo one często atakują truskawki. Łącznie w ciągu sezonu wykonuje około 15 oprysków. Nic więc dziwnego, że marzył o własnym nowoczesnym opryskiwaczu, w którym elektronika uniemożliwia wylewanie cieczy kilka razy w to samo miejsce. A to szczególnie ważne w walce z chwastami. Podwójna dawka oprysku nie tylko bowiem niszczy chwasty, ale i roślinę zasadniczą. Trzeba dodać, że bez systematycznych oprysków nie da się obecnie uzyskać satysfakcjonujących plonów truskawek, utrzymać je bez zachwaszczenia ani mieć zdrowe owoce sprzedawane jako deserowe, a tylko takie zapewniają godziwy dochód. Tak precyzyjna maszyna, o jakiej marzył nasz bohater, kosztuje od 60 do nawet 120 tys. zł. A to przecież kupa forsy. Będąc już doświadczonym beneficjentem unijnych dotacji na zakup sprzętu (kupował ciągnik z zestawem maszyn uprawowych), hodowca truskawek i tym razem postanowił sięgnąć po kolejną kasę z Brukseli.
Program dla małych
– Znajomy mi podpowiedział, że opryskiwacz mogę kupić przy wsparciu Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW), korzystając z pomocy dla małych gospodarstw, które chcą dorobić do rolniczych dochodów, prowadząc działalność gospodarczą. Taką działalnością może być np. świadczenie usług na rzecz sąsiadów. U nas każdy truskawki ma, a na dobry opryskiwacz mało kogo stać – opowiada gospodarz. Program dla małych nazywa się „Różnicowanie w kierunku działalności nierolniczej”. Warunkiem otrzymania wspomnianej dotacji jest założenie własnej firmy.
– Rejestracja firmy nie sprawiła mi kłopotu. Po podpisaniu umowy z miejscowym Oddziałem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa mogłem uzyskać kredyt pomostowy w banku – jak zwykle dość wysoko oprocen-towany. Musiałem też wziąć kredyt na tzw. udział własny w koszcie maszyny. W banku poszło gładko, opryskiwacz wybrałem nie za drogi, ale ze wszystkimi elektronicznymi regulacjami. Przez większą część roku maszyna stoi i traci na wartości, a od wczesnej wiosny po zbiory, no i zaraz po nich (opryski herbicydami przeciw chwastom), jest używana. Księgowanie faktur jest proste, więc robi to żona, nie wynajmuję księgowego – mówi.
Cudze pryskajcie, swoje omijajcie
Hodowca truskawek ma opryskiwacz z wymarzoną elektroniką, ale nie może nim opryskiwać własnych plantacji. Dowiedział się o tym tuż przed finalizacją zakupu opryskiwacza od doradcy z Ośrodka Doradztwa Rolniczego i po dokładnym zapoznaniu się z umową. Przez jakiś czas, z obawy by mu nie zabrano dotacji, gdy wyjdzie, że opryskuje własne truskawki – choć przecież głównie o to mu chodziło – świadczył usługi sąsiadowi, a on jemu, za co wystawiali sobie faktury. Najlepiej wychodził na tym Urząd Skarbowy. W końcu ktoś mu podpowiedział: „Głupi, przecież pryskasz głównie nocami, żeby nie otruć pszczół. Kto cię podejrzy?” – Pomyślałem: Pracę opryskiwacza słychać w całej wsi, a lokalne wiejskie „CBA” czuwa. W mojej wsi donosiciel jest jeden, wiem kto, dobrze z nim żyję, ale w sąsiedniej jest kilku i ich mało znam. Na wszelki wypadek moje pola obsługuje ktoś z rodziny, a gdy przyjdzie agencyjna kontrola, powiem, że wziął maszynę bez mojej zgody. Nie czuję się z tym dobrze. Nie mam jednak wyjścia – wyjaśnia. – Z zazdrością patrzyłem, jak podczas suszy sąsiad wykorzystuje swój opryskiwacz do podlewania roślin. Ja tego nie mogę robić. Czy w przypadku stanu klęski Agencja wybaczyłaby mi stwierdzone nieprawidłowości? – pyta rolnik.
Zgodne z prawem, ale nie ideą
Pytania rolnika nie chciałem pozostawić bez odpowiedzi. Trafiłem – niestety – na nieodpowiedni moment. Na początku grudnia 2015 roku odwołano dotychczasowego prezesa centrali Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Na dodatek rzecznik prasowy zachorował, a pracownik odpowiedzialny za program „Zróżnicowanie w kierunku działalności nierolniczej” nie miał ochoty się wypowiadać. Mimo to znalazłem kogoś kompetentnego, kto co prawda poprosił o nieujawnianie nazwiska, ale powiedział:
– Program, z którego pochodzi dotacja na opryskiwacz, nazywa się „Zróżnicowanie w kierunku działalności nierolniczej”. Chodziło o to, aby na wsi powstawały zakłady usługowe typu rzemieślniczego (np. wulkanizacja opon) dające szansę dorobienia przy niskich dochodach. Tymczasem nasi małorolni – w tym opisany rolnik – uruchamiają głównie firmy usługowe związane z rolnictwem. To jest wszystko zgodne z prawem, ale nie z ideą programu. Umowa tego rolnika podpisana z ARiMR nie przewiduje świadczenia „usług dla siebie” i tego trzeba przestrzegać, aby nie utracić dotacji. Ważne, by usługodawca dysponował fakturami za prace np. dla sąsiadów i opłacał podatki, a możliwości „wybaczania” czy „patrzenia przez palce” na nieprawidłowości niech lepiej nie bierze pod uwagę.