Mówię o rynku najlepszych win francuskich, głównie rejonu Bordeaux oraz z Burgundii. Stanowią one zdecydowaną większość oferowanych trunków w ramach Wine Banking.
W Polsce ten rynek oblicza się na jakieś 100 milionów złotych. Ja szacuję nasz rynek na jakieś 10 procent wartości rynku europejskiego – inwestowanie w sławne wina stało się w naszym kraju jednym z rozwiązań na racjonalne zagospodarowanie nadwyżek finansowych. Giełda przeżywa stagnację, na lokatach bankowych prędzej można stracić, niż zarobić, pozostają więc inwestycje alternatywne, takie jak właśnie szlachetne wino.
Nie mieszałbym do tego whisky i koniaków; w przypadku tego pierwszego trunku w grę wchodzą głównie single malt – wyroby z jednej destylarni i z jednego słodu. Tu ceny zależą od aukcji, zmieniają się bez możliwości przewidzenia trendu.
Mówmy zatem o winach. W 70, a może nawet 80 procentach rynku są to wina z regionu Bordeaux. Proszę pamiętać, że jest tam ponad 100 tysięcy hektarów winnic najwyższej jakości. Drugim francuskim zagłębiem winnym jest Burgundia, ale jej znaczenie rynkowe jest dużo mniejsze, głównie ze względu na małą produkcję. Ponadto obiektem inwestycji są pojedyncze wina włoskie i hiszpańskie, jednak bez większego wpływu na trendy cenowe.
Wina inwestycyjne spoczywają w wyspecjalizowanych piwnicach w Bordeaux i w Londynie. Londyńska giełda Liv-ex założona w 1999 r. na bieżąco notuje ceny win inwestycyjnych, dając ten miernik, którego brak np. whisky czy koniakom, zależnym od wyników aukcji. Inwestuje się głównie w wina czerwone, w mniejszym stopniu – w białe. Czasem uwzględnia się w tej klasyfikacji także szampany.
Na czym się zarabia? Najkrócej mówiąc – na wyjątkowości. Najbardziej znane szczepy, renomowane chateaux, których klasyfikacja pozostaje niezmienna od ponad 150 lat, i staranny dobór win – oto klucze tej wyjątkowości. W przypadku najcenniejszych odmian celowo obniża się zbiory, ograniczając tym samym podaż.
I jeszcze jedno – trwałość. Wina bordoskie i burgundzkie charakteryzują się dużą trwałością. Co więcej, pełną gamę smaku i aromatu uzyskują po 10–15 latach. To sprzyja ich przechowywaniu przez dłuższy czas – nabierają smaku, zyskują na wartości.
En primeur oznacza leżakujący w beczce trunek, mniej więcej dwa–trzy lata przed wypuszczeniem wina na rynek. Pierwsze oceny jakości, smaku oraz perspektyw wzrostu odbywają się rok po zbiorach w czasie całotygodniowych degustacji w Bordeaux. Wielu inwestorów właśnie wtedy dokonuje kupna, by z czasem uzyskiwać zwrot rzędu 40–45 procent w najlepszych przypadkach. Od 2011 roku mieliśmy stagnację czy nawet regres, ale od stycznia zauważalny jest wzrost zainteresowania na rynku chińskim (wzrost importu o ponad 20 proc.), co dobrze rokuje dla Wine Banking.
Autor jest prezesem firmy Wine Advisors