Strona główna Finanse Dziecko plus, kasa minus

Dziecko plus, kasa minus

0
Dziecko plus, kasa minus

Lato w mieście? Obóz? Gościna u dziadków, wujków czy dalszej rodziny? Półkolonie?
Martwią się ci, których dzieci są za małe, by posyłać je na trzytygodniowe obozy z harcerzami (najtańsza opcja wakacji, w dodatku pozostawiająca niezapomniane wspomnienia), martwią się ci, którzy nie mają wsparcia bliskich, albo ci, których nie stać na wydanie kilkuset złotych na tydzień za opiekę nad dzieckiem. A jak brak i rodziny, i kasy…
Bank czasu
Trzeba iść po rozum do głowy. Agnieszka, trzydziestokilkulatka z Warszawy, zainspirowała się artykułem o bankach czasu. Dwa lata temu, gdy po raz pierwszy stanęła przed perspektywą zapewnienia siedmioletniemu dziecku kilku „pustych” tygodni opieki, wcieliła pomysł w życie. – W naszej klasie są cztery rodziny w podobnej sytuacji. Rodzina daleko, pieniądze niby są, ale nie w nadmiarze. Wsparcie dziadków to maksimum dwa tygodnie, wspólne wakacje – dobrze, jeśli uda się wyjechać na tydzień. Dzieci były za małe, żeby samodzielnie jechać na obóz zuchowy, na inne wyjazdy nie bardzo starczało pieniędzy. Postanowiliśmy, że każda rodzina „obstawi” jeden tydzień. I w ten sposób, inwestując pięć dni urlopu, zyskaliśmy miesiąc opieki dla naszych czterech chłopaków – opowiada. Niemal bezkosztowo – tyle co koszt posiłków (umówili się, że dzieci będą jeść przez cztery dni domowe jedzenie, maksymalnie raz w tygodniu pizza z dowozem) plus ewentualne wyjścia, pieniądze na bilety. – Większość czasu dzieci spędzały na placach zabaw. Pogoda dopisywała, więc się nie nudziły – wspomina. W tym roku w nieco poszerzonym składzie (sześcioro dzieci) zamierzają powtórzyć „domowe półkolonie”. Na wszelki wypadek, by nie kusić losu, zrezygnują z najbardziej wypadkogennych atrakcji, jak: ścianki wspinaczkowe, parki linowe czy basen. – Nie ma co kusić losu. Jeden dorosły na sześcioro czy nawet czworo ośmiolatków? Kiepski pomysł. Ale w planach jest na przykład wyprawa do Puszczy Kampinoskiej i do nowo otworzonego parku trampolin przy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. – Wszystko zaplanowaliśmy wcześniej, żeby dopasować grafiki urlopowe.
Last minute na miejscu kosztuje
Skórka warta wyprawki, bo za tydzień półkolonii w Warszawie trzeba zapłacić od 400 do nawet ponad 900 zł. Jeśli w grę wchodzi tydzień, czy nawet dwa – domowy budżet może to jakoś wytrzymać, ale kilka tygodni na półkoloniach to wydatek trudny do udźwignięcia. Najdroższe półkolonie – językowe, czy specjalistyczne, np. żeglarskie lub w siodle, bywają droższe niż koszt wysłania dziecka na obóz ze średniej półki cenowej. Oferta półkolonii w największych miastach może przyprawić o zawrót głowy: półkolonie z Harrym Potterem, półkolonie z Minecraftem, robotyka i programowanie, półkolonie Lego, półkolonie kulinarne, przygodowe. Dzieci w niektórych miastach (np. w Warszawie) mogą skorzystać z półkolonii organizowanych przez muzea.
I tutaj nie ma co liczyć na last minute. Odwrotnie, jeśli zapisujemy dziecko w ostatniej chwili, zwykle płacimy pełną cenę, bez zniżek, z których korzystali zapobiegliwi rezerwujący miejsca już w maju, gdy pojawiają się pierwsze oferty. – Organizatorzy dobrze wiedzą, że rodzice szukający półkolonii w ostatniej chwili mają dosłownie nóż na gardle i zapłacą tyle, ile im się powie – usłyszałam w jednej z firm, organizującej wypoczynek dla dzieci. Stałą praktyką jest też oferowanie przez organizatorów półkolonii pojedynczych dni – to też nie sprzyja obniżaniu ceny, bo tak się składa, że niemal zawsze znajdą się chętni, by za 100–200 zł (oczywiście z wyżywieniem) umieścić dziecko choćby na dzień czy dwa.
Podobnie jest zresztą z ofertami wyjazdowymi. Te najdroższe sprzedają się równie dobrze, jak stosunkowo tanie oferty. Dwa tygodnie w Letniej Szkole Czarodziejów w Zamku Czocha kosztują blisko 2,5 tys. zł, a i tak na kilka tygodni przed końcem roku szkolnego na obydwa lipcowe turnusy nie ma wolnych miejsc. Za obozy językowe trzeba zapłacić jeszcze więcej – w dodatku, zwłaszcza w przypadku młodszych dzieci i obozów organizowanych w kraju, nie ma żadnej gwarancji, że ta inwestycja się zwróci – choćby w postaci kilku opanowanych biegle zwrotów.
Teoretycznie jest jeszcze akcja „Lato w mieście”, czyli zorganizowana forma opieki w samorządowych placówkach – szkołach (to opcja dla młodszych uczniów, opieka jest całodzienna) lub np. w klubach sportowych, bibliotekach czy domach kultury (oferta zwykle kilkugodzinna, adresowana do starszych dzieci, których rodzicom zależy przede wszystkim na tym, by dziecko nie spędzało całego dnia w domu).
W szkole tak sobie
Szkolne „Lato w mieście” jest tanie, ale ma też wady. Nie we wszystkich szkołach jest organizowane – a dzieci często nie chcą chodzić na szkolne półkolonie do obcej placówki, zwłaszcza same. Opieka nad dziećmi jest – oględnie mówiąc – średnia, zwłaszcza w wielkich placówkach, w których w grupach jest nawet ponad 20 dzieci. W dodatku trzeba zapisać dziecko wcześniej – choć teoretycznie rodzic (mieszkający i płacący przecież w gminie podatki), zgłaszając się nawet w ostatniej chwili do prowadzącej dyżur placówki, nie powinien odejść z kwitkiem. Przetestowałam w ubiegłym roku na własnej skórze, gdy komplikacje rodzinne zawaliły część wakacyjnych planów. – Może pani spróbuje w innej dzielnicy – poradziła życzliwie szkolna sekretarka, gdy zgłosiłam się z dzieckiem do szkoły niedaleko miejsca pracy. W innych szkołach też jednak miejsc last minute nie było. Na szczęście znalazło się miejsce na półkolonii. Tylko zamiast  80 zł (koszt posiłków) trzeba było wyłożyć więcej.
Warto zacisnąć zęby
Wakacje w dużej części rodzin to również czas zacieśniania więzów między wnukami a dziadkami. – Zgrzytam zębami, ale wysyłam. Proszę tylko teściową, żeby dziecko nie przytyło więcej niż kilogram. A na ostatnie dwa tygodnie sierpnia planujemy rowerowe wakacje, będziemy gubić lody, bułki z malinami, pieczone ziemniaki i borówki otoczone cukrem – mówi półżartem Katarzyna, mama 10-letniej Oli.  A gdy słyszy o domowych półkoloniach, zapala się do pomysłu. I jakoś się nie martwi, czy spodoba się on rodzicom koleżanek córki. – W tym roku już w kwietniu zastanawialiśmy się, co zrobić z wakacjami, żeby nie zwariować i nie zbankrutować.