„Eurogospodarka” z zasady – i z powołania zresztą też – zajmuje się rynkiem dłużnym. Ten fragment polskiego życia publicznego badamy, drążymy i opisujemy. W ostatnim czasie szczególnie skupiamy uwagę na komornikach. Nie tylko my zresztą. Zły komornik straszy z łamów, jeżeli nie wszystkich, to przynamniej bardzo wielu gazet, czasopism i portali internetowych. Istna epidemia złych, nieuczciwych, a niekiedy wręcz przestępczych praktyk komorniczych. Epidemia? Coraz więcej z nas przekonanych jest, że to wcale nie epidemia, a stan chroniczny, czyli, aż się boję użyć tego słowa, stan n o r m a l n y.
Kilka miesięcy temu profesor Andrzej Bałandynowicz na stronach „Eurogospodarki” wypowiadał się na temat katastrofalnej wręcz sytuacji w polskim prawie. Ta ocena dotyczyła zarówno jakości stanowienia prawa, jak i sposobu jego egzekwowania. Wybitny penitencjarysta polski wskazywał na fakt kompletnej dezintegracji podstaw, na których powinien opierać się sprawnie działający nowoczesny wymiar sprawiedliwości. Polskie sądownictwo to zdaniem profesora najczęściej bezrozumna i kompletnie pozbawiona empatii biurokratyczna maszynka do realizowania pisemnych regułek zapisywanych przez karygodnie amatorskich przedstawicieli narodu. którzy stanowią, o zgrozo, w naszym kraju prawo.
Zacytuję fragment artykułu, który odnajdą Państwo w niniejszym wydaniu „Eurogospodarki”: „Andrzej Wrzesień osiem lat temu kupił budynek z działką na warszawskim Okęciu. Dziś nie ma prawa do tej nieruchomości, ani pieniędzy, które na nią wydał. I wygląda na to, że nie odzyska ani jednego, ani drugiego”.
Sprawa wydaje się tuzinkowa. Facet po prostu źle kupił. Nic podobnego. Pan Wrzesień nabył działkę nie od handlarza cwaniaka, a na licytacji komorniczej, nadzorowanej przez sąd rejonowy w Warszawie. Po dwóch latach zgodnie z sądowym procederem przysądzenie własności do działki uprawomocniło się. Cóż z tego, skoro się wydało, że właścicielem działki jest ktoś inny, a pieniądze, którymi Wrzesień za nią zapłacił ten sam sąd przeznaczył na spłatę zadłużenia, ciążącego na niej. Takie prawo obowiązuje w Rzeczypospolitej. Tak prawo realizują polskie sądy. Polskie państwo znika w odmętach nonsensu. Choć niektórzy sugerują, że w czym innym.