Zaczęło się bardzo niewinnie – po prostu zepsuł się laptop. Okazało się, że m.in. padła matryca. Oddałam komputer w ręce fachowca, który naprawiał go prawie miesiąc, gdyż miał trudności z dobraniem tej nieszczęsnej części. Szczęśliwa odebrałam naprawiony sprzęt i zapłaciłam 500 zł. Po dwóch tygodniach komputer znowu się zepsuł. I tym razem naprawa kosztował ok. 500 zł. Po miesiącu ponownie sprzęt padł. Wtedy powiedziałam: dość! Ile pieniędzy można ładować w naprawę staroci? I tak portfel był uboższy o tysiąc złotych! Postanowiłam kupić nowy komputer. Miałam odłożonego „tysiaka” na czarną godzinę.
Po kilku dniach poszukiwań wybrałam w jednej z sieciówek wymarzony sprzęt, który kosztował w promocyjnej cenie tylko ok. 3 300 zł i… tu powstał problem. Nie miałam tyle pieniędzy, żeby jednorazowo zapłacić za cały komputer, a połowy przecież mi nie sprzedadzą! Właściwie to chyba jednej trzeciej… Ponieważ mam zasadę, że za pobory w pierwszej kolejności opłacam wszystkie rachunki, a reszta zostaje na bieżące życie (raczej na przeżycie!), stanęłam przed ogromnym dylematem: co mam w tej sytuacji zrobić. Wybawieniem była nalepka na sklepowych ekspozycjach informująca o możliwości nabycia towaru na 10 rat i to za 0%! Po prostu OKAZJA! Decyzja zapadła – biorę na raty! Ale żeby je zmniejszyć zapytałam, czy mogę wpłacić gotówką np. 1 000 zł, a resztę sumy rozłożyć na 10 rat (skoro bez procentu – to czysty zysk). Była taka możliwość.
Ucieszona powędrowałam do specjalnie wydzielonego w sklepie punktu ratalnego. Stanęłam w kolejce jako trzecia. Przede mną byli tylko jakiś młodzieniec, który także brał komputer na raty, i starsza pani kupująca telewizor. Czas w kolejce szybko minął i nadeszła moja kolej. Usiadłam przed obsługującą okienko ratalne panią Bożenką i nie wiem, dlaczego, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu, żeby zacząć rozmowę. Chyba się zdenerwowałam… Postanowiłam wyciszyć się wewnętrznie, co nie było łatwe, ponieważ to była moja pierwsza pożyczka w życiu!
Ktoś zapyta w tym momencie: „Kobieto, gdzie się chowałaś, że dotąd nie brałaś pożyczki?”. A tak, nie brałam, bo mam na karku prawie pół wieku, a każdym moim finansowym działaniom towarzyszyła wspomniana dewiza – żyj, na ile cię stać! Aż tu nagle mam zostać dłużniczką! I to nie krewnych czy znajomych, tylko banku! Po chwili uspokoiłam się i zaczęły do mnie dochodzić słowa pani Bożenki, u której starałam się o raty. Po serii różnych pytań (ile wydaję miesięcznie na: rachunki, artykuły spożywcze, środki czystości, jakie są koszty utrzymania dziecka itp.) dowiedziałam się, że mój wniosek o pożyczkę złożono w czterech bankach i po 15 minutach mam się dowiedzieć, jaka jest decyzja.
Po upragnionym kwadransie, kierując się w stronę okienka p. Bożenki, ujrzałam niebotycznych rozmiarów kolejkę, w której skład wchodzili głównie emeryci. Na szczęście p. Bożenka przyjęła mnie bez zbędnego oczekiwania, co wzbudziło wśród tłumu ogromną niechęć – wyrażoną wręcz przekleństwami – ale nie przejęłam się tym, bo nadal byłam jak zahipnotyzowana. Poinformowała mnie, że na moją ofertę odpowiedział tylko jeden bank! bank A. – Ale – i tu zrobiło mi się już słabo – niestety, ze względu na zbyt niskie dochody, bank zażyczył sobie dodatkowego zabezpieczenia w postaci ubezpieczenia pożyczki. I dowalili mi dodatkowe 290 zł.
Nie mając wyboru, zgodziłam się i na ten wariant, ale byłam wściekła. Poinformowano mnie również, że nawet gdybym spłaciła raty wcześniej, to i tak to ubezpieczenie muszę wpłacić. Zapytałam tylko, po co w sklepie na towarach widnieją nalepki informujące o bezprocentowych ratach, skoro to jest nierealne? Jeżeli miałabym duże dochody, to nie kupowałabym laptop na raty, tylko za gotówkę. Więc dla kogo są te raty?! Chyba nie dla takich ubogich jak ja, tylko dla emerytów, którzy mają zapewniony comiesięczny dochód… Dlatego informacje o ratach na towarach powinny być bardziej sprecyzowane! Ale pani Bożenka, krzyżując ręce, spokojnie powiedziała – Do pani należy wybór. Oczywiście wybrałam… raty z dodatkowym obciążeniem o prawie 300 zł, czyli jedna rata w plecy!
Mam śliczny nowiutki sprzęt, obchodzę się z nim, jak z jajkiem. Dodatkowo od tygodnia mam koszmary senne, bo obawiam się, że jeśli nie wpłacę w terminie raty (a jestem z natury pesymistką i w wizjach mam czarny scenariusz), to przedstawiciel banku, w którym mam dług, odbierze moje źródło utrzymania! Co spojrzę na komputer, to czuję się osaczona. Ciąży nade mną widmo z logo banku A. Ale jak w dzisiejszych czasach żyć bez pożyczki? Jak pozbyć się szponów długu?