– Ten wyjazd był dla mnie wielkim szokiem. O 100% przewartościowałem swoje pojęcie o Białorusi – mówi Andrzej z Wrocławia, który wcześniej nigdy w tym kraju nie był. – Już pierwszy szok przeżyłem w Białymstoku, gdy w markecie przy kasach słyszałem głównie rosyjską mowę. Nie wiedziałem, że ten nasz nadgraniczny region żyje głównie z zakupów Białorusinów. Potem granica i szybki przejazd, tania benzyna… Białoruś to piękny kraj i przemili ludzie. Przejazd przez granicę z Kuźnicy do Grodna w niedzielne przedpołudnie zajął tylko tyle czasu, ile niezbędne było do wypełnienia dokumentów i zapisanie ich w komputerze. Straż graniczna zarówno polska, jak i białoruska bardzo szybko nas odprawiła. Nie było tzw. włoskiego strajku służb granicznych – co ciekawe (jak zapewniały nas osoby często przekraczające tę granicę) najczęściej pracować się nie chce tylko polskim „wopistom” i celnikom.
Dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem i wyzwaniem był męski pobyt w bani, czyli białoruskiej saunie. Jest to przede wszystkim spotkanie kolegów ze wspólnym biesiadowaniem. U nas tego już nie ma. Podobnie zszokowani byliśmy stosunkiem Białorusinów do nas – zagranicznych dziwaków na motocyklach. – Z objawami takiej sympatii jeszcze się nie spotkałem – mówi Andrzej. – Czułem, że ci ludzie naprawdę są mili, że to nie jest handlowa maska, jak np. w Austrii, Niemczech, a tylko faktyczna słowiańska wylewność, sympatia. Tego się nie da opowiedzieć słowami.
Wracając z Mińska do Polski, spędziliśmy wieczór i noc w Grodnie, pięknym mieście tuż przy granicy, którą także przekroczyliśmy błyskawicznie. W Polsce odkryliśmy w puszczy k. Supraśla ośrodek, w którym spędziliśmy pierwszą noc na polskiej ziemi. Tutaj podjęliśmy decyzję – za rok wracamy motorami na Białoruś!
ANDRZEJ KAZIMIERSKI
Cały artykuł w numerze 6/2013 Eurogospodarki.