W tym roku strajki rolników stały się znów tematem numer jeden, ale organizatorzy akcji protestacyjnych przypominają, że na dobrą sprawę początek protestu można datować jeszcze na luty 2012 r. W czerwcu zeszłego roku podpisano porozumienie z Radą Ministrów, które zdaniem Solidarności nie zostało wypełnione, a wręcz zignorowano każdy zapis tego dokumentu. 5 grudnia w Szczecinie rozpoczął się regularny strajk okupacyjny, a akcja protestacyjna rozlała się na całą Polskę i wróciła ze zdwojoną mocą w 2013 r. Wiele osób tkwi w przekonaniu, że jej główną przyczyną jest desperacka obrona działania KRUS-u, co – obiektywnie patrząc – na dłuższą metę nie ma większych szans powodzenia. Owszem, postulat przewija się we wszystkich lokalnych akcjach protestacyjnych, ale głównym zapalnikiem protestu było co innego – działanie Agencji Nieruchomości Rolnych, która szczególnie na Pomorzu i na Śląsku wywołała oburzenie rolników, którzy nie mieli ochoty dłużej patrzeć na to przez palce. Kiedy strajki zaczęły się na dobre, okazało się, że postulatów jest znacznie więcej i wcale nie są mniej poważne.
Najwyraźniej rządzący tkwili w poważnym błędzie, sądząc, że rolnicy nie dostrzegają destrukcyjnych tendencji. Stanowiący trzon strajku protest w Zachodniopomorskiem zakończył się, kiedy odwołano dyrektora ANR. Ale czy rzeczywiście jest to sposób na rozwiązanie problemu? Czy postulaty, takie jak nieprawidłowości w obrocie ziemią, utrudnienia sprzedaży własnych produktów czy ustawowe rozwiązanie kwestii GMO, straciły na swojej aktualności?
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 5/2013 Eurogospodarki.