Strona główna Archiwum Po co nam Unia?

Po co nam Unia?

0

Kolejny piękny dzień w okolicach Breli na Riwierze Makarskiej. Z nieba leje się żar, beztroski wypoczynek na kamienistej plaży umila zimna buteleczka białego wina i orzeźwiająca bryza znad Adriatyku. Z Marko Pezo, zaprzyjaźnionym Chorwatem ze Splitu rozmawiamy o życiu. O życiu w Chorwacji, która coraz odważniej puka do bram Unii Europejskiej (data akcesji planowana jest na lipiec 2013 r.). Zachwycam się wszystkim od pogody po bajkowy, dalmatyński krajobraz.
Marko siedzi cicho, w skupieniu jakby zastanawiał się, czy mówimy o tym samym. Wreszcie przerywa milczenie i pyta: – Myślisz, że można najeść się słońcem czy wiatrem znad morza? W Chorwacji wcale nie jest tak różowo jak mogłoby Ci się wydawać!
A po co nam Unia?
Choć to już praktycznie koniec sezonu, gorąco daje nam się porządnie we znaki, a rozgrzane kamienie zmuszają do przeniesienia koca w głąb plaży, pod urokliwe, rozłożyste sosny. Nieśpiesznie rozglądam się. Nie brak tu opalających się toples Niemek, obficie gestykulujących Włochów oraz Polaków, których z miejsca rozpoznaję po nieśmiertelnych klapkach i uporczywym łączeniu skórzanych sandałów ze skarpetkami podciągniętym w górę do granic wytrzymałości frotowego materiału.
Żeby z powrotem wprowadzić rozmowę na właściwe tory, pytam Marko, jak zapatruje się na zaawansowane starania Chorwacji o wejście do Unii Europejskiej, mówię o wielkiej szansie, nowych perspektywach i Europie bez granic… Mój przyjaciel wytrzeszcza
oczy jak łosoś atlantycki podczas tarła i zabiera głos: – W 2005 roku, kiedy tylko usłyszeliśmy o rozmowach naszego rządu na temat wstąpienia do Unii Europejskiej, większość obywateli
była przeciwna, to się nigdy nie zmieniło i już nie zmieni. Nie potrzebujemy Unii! Nie jesteśmy gotowi, żeby być jej członkiem. Jedyny powód, dla którego chciałbym otrzymać unijny paszport to po to, aby mieć możliwość wyjazdu na kilka dni np. do Niemiec i móc kupić dobry, dwuletni samochód opla czy mercedesa za 35-40% mniej niż w Chorwacji. Zdecydowanie nie jesteśmy gotowi na członkostwo. Poza słońcem i pięknym krajobrazem ten kraj pod niemal każdym względem jest daleko, daleko w tyle… – mówi Marko.
Nie mogę uwierzyć, przecież spodziewałem się zupełnie innej odpowiedzi! Myślałem, że Chorwaci oczekują dnia wstąpienia do Wspólnoty niczym maturzysta studniówki, tymczasem mój znajomy, restaurator i przedsiębiorca w jednej osobie na myśl o Unii krzywi się i macha wskazującym palcem.
Chorwacki Marlon Brando
Nie mam w zwyczaju tak łatwo się poddawać! Wspominam o sytuacji Polski w chwili akcesji, o bezrobociu, korupcji i eurosceptycyzmie… Marko spokojnie nalewa mi trzeci kieliszek wybornego markowego wina, poprawia nałożone na nos okulary przeciwsłoneczne z dużymi szkłami à la Jason Statham z filmu „Transporter” i mówi: – Tutaj papier, że skończyłeś pięcioletnie studia, nic nie znaczy, jeśli nie masz znajomości albo nie zapłacisz komu trzeba, to możesz zapomnieć o znalezieniu dobrej pracy. Na twoje miejsce na drugi dzień przyjdzie osoba po trzyletniej szkole fryzjerskiej, ale z koneksjami i dostanie ciepłą posadkę urzędnika państwowego, menedżera czy bankiera. W Chorwacji nie dba się o wydajność pracy czy interes instytucji państwowych. Mimo wysokich kwalifikacji możesz chodzić 5 lat szukając pracy i jej nie znajdziesz, a ludzie bez wykształcenia ani ochoty do ciężkiej pracy zarabiają 6000 zł (przeliczone na zł – przyp. red) miesięcznie grzejąc stołki. Ten kraj jest przesiąknięty korupcją i kumoterstwem – otwarcie kończy Marko.
Czuję, że nie przekonam swojego rozmówcy. Mówi rzeczowo i z charakterystyczną dla Chorwatów pewnością siebie, a niebywały upał i owoc pracy dalmatyńskich winiarzy skutecznie zaszumiały mi w głowie odbierając ochotę do dalszej wymiany argumentów.
Dalmatyński temperament!
Wreszcie nadchodzi długo wyczekiwany wieczór. Odwiedzamy rodzinę Pezów w „Maslinie”, ich niezwykle klimatycznej restauracji w samym centrum Splitu. Kuzyn Marko – Dino, puszcza raz za razem kolejne, nieśmiertelne przeboje splickiego barda Vinko Coce, na stole królują mule, okoń morski i kalmary „greek style”, smażone w doskonałej oliwie z wyspy Iż – specjalność gospodyni domu. Przy nieskazitelnie czerwonym winie i dodatkowo podgrzewającej bałkański temperament Rakii głośno rozmawiamy o życiu, kulinarnych zachciankach i polityce…
Podczas gdy żalę się, że w Polsce wszystko drożeje, kontem oka widzę jak Marko przyjmuje pozę wściekłego byka! Przygląda mi się uważnie, czeka na właściwy moment i wykorzystując przerwę na zaczerpnięcie powietrza, wybucha gestykulując niczym dyrygent w trakcie noworocznego koncertu filharmoników wiedeńskich. – Mój ojciec pracuje w państwowej firmie telekomunikacyjnej od 34 lat, jest po studiach, ma olbrzymie doświadczenie i ponad 40 osób pod sobą, a miesięcznie zarabia niewiele ponad 3500 zł! W Niemczech za tę samą pracę otrzymywałby co najmniej kilka tysięcy euro! Średnia pensja w Chorwacji to mniej więcej 3000 zł brutto, ale to nie oddaje rzeczywistej zamożności społeczeństwa, które podzielone jest na grupę bardzo bogatych milionerów i ubogich, ciężko pracujących ludzi. Powiedz mi, jak utrzymać rodzinę zarabiając 850 zł jako sprzedawca w sklepie czy kelner, podczas gdy chleb kosztuje 4,5 zł, zwykły dziennik 3,7 zł, litr najtańszego mleka 3,2 zł, kilogram piersi z kurczaka minimum 33 zł, a cielęcina 55 zł? Nie myśl, że to wszystko! Żeby zrobić prawo jazdy musisz mieć co najmniej 3700 zł, za jednorazowy bilet autobusowy w miejskiej komunikacji zapłacisz 4,5 zł, a w legalnej taksówce 18 zł za km kursu. To nie jest normalne! Licząc optymistycznie, na samo jedzenie dla 4-osobowej rodziny potrzeba wydać miesięcznie ponad 3500 zł, a mało kto może pozwolić sobie na taki luksus – kończy Marko.
Nocna przepowiednia
Przyjemny wieczór wśród przyjaciół pomału zmienia się w gwieździstą noc. Przy akompaniamencie burzliwych dyskusji, chóralnych śpiewów i akordeonu, który pojawił się ni stąd ni zowąd cieszymy się swoim towarzystwem i biesiadujemy jak na prawdziwych Słowian przystało. W tej sielankowej atmosferze jeszcze tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Pytam więc Marko: – Jak to jest, że narzekasz na korupcję, nepotyzm i wysokie ceny, mówisz, że większość społeczeństwa nie chce Unii Europejskiej, a wszystko wskazuje na to, że niedługo się do niej dostaniecie? Myślisz, że to ma sens?
Mój przyjaciel, tym razem spokojny i opanowany – niczym prowadząca „Wielką grę” Stanisława Ryster – rozkłada bezwładnie ręce i mówi: – To wszystko, co widzisz i o czym mówię, to sprawka naszych skorumpowanych polityków, którzy przez kolejne lata pod hasłami gospodarczego rozwoju zmarnowali i ukradli miliardy euro! Sprzedali obcym za bezcen połowę strategicznych firm, a naszą piękną ziemię oddali bogatym Rosjanom, Niemcom i Amerykanom… Na każdym kroku widać, że jesteśmy w poważnych, gospodarczych tarapatach, ale nam – w odróżnieniu od Grecji – nikt nie pomoże. Pytasz o Unię Europejską? To i tak nie ma znaczenia, czy przystąpimy do Wspólnoty czy nie, bo moim zdaniem za 4-5 lat nie będzie już żadnej Unii! – pesymistycznie uciął rozmowę Marko.
A ja? Wróciłem po biesiadzie do swojego polskiego kawałka Unii.
SŁAWOMIR WOJTAŚ
źródło: Eurogospodarka nr 1/2012