I choć kryzys gospodarczy pociągnął za sobą podniesienie niektórych opłat, to jednak nadal nie brakuje kuszących ofert zawierających różnego rodzaju „zera”. Obracając się w takiej rzeczywistości nawet nie zdajemy sobie sprawy, że są jeszcze kraje, gdzie zerowa opłata za przelew czy prowadzenie rachunku jest ekstrawagancją lub przynajmniej nieosiągalnym kaprysem. Tak właśnie jest w Czechach, gdzie do dziś normą są opłaty za korzystanie z własnych bankomatów, a prowizję za wpłatę pieniędzy na konto zniesiono dopiero po interwencji Trybunału Konstytucyjnego.
Pod względem wspierania przedsiębiorczości Czechy daleko wyprzedzają Polskę. „Jedno okienko” jest tutaj faktem, działalność gospodarczą zakłada się w 20 min, a państwo na wszelkie sposoby zachęca zaradne osoby do tego, aby spróbowały własnych sił w świecie biznesu. Korzystne regulacje podatkowe sprawiają, że już dziś wiele międzynarodowych firm i korporacji lokuje swoje biura w Pradze i innych dużych miastach kraju. Zachęcająca polityka fiskalna coraz częściej skłania też pojedynczych przedsiębiorców do przenoszenia siedzib nad Wełtawę. Wobec tak intensywnego ruchu w finansach, aż dziw bierze, że sytuacja na rynku usług bankowych bardziej przypomina Polskę wczesnych lat 90. niż świetnie rozwijający się kraj zachodni.
Kiedy obserwujemy tabele opłat i prowizji, można zadać pytanie – jak można funkcjonować w takich warunkach? Jednak dopiero poznanie czeskich realiów pozwala zrozumieć, że nasi południowi sąsiedzi wpadli w błędne koło finansowej nieporadności. Czechy to niewiele ponad 10 mln obywateli. Jest to zatem rynek prawie czterokrotnie mniejszy niż polski, a co za tym idzie – nie ma miejsca ani zapotrzebowania na szeroką konkurencję. Brak silnych rywali jest głównym powodem tego, że czeskie banki nie kwapią się do likwidowania czy obniżania różnego rodzaju opłat. Rewolucyjna oferta jednej czy dwóch instytucji nie kładzie na kolana pozostałych graczy, którzy ani myślą oddać choć korony swoich wpływów. Opłaty i prowizje są pewniejszym źródłem dochodu niż odsetki na lokatach nocnych czy niepewny rynek kredytów hipotecznych.
Drugim czynnikiem, który nie sprzyja wzrostowi kultury bankowej jest fakt, że nadal w wielu miejscach po prostu nie można płacić przy użyciu karty płatniczej. Wprawdzie w Pradze nie ma z tym większego problemu, ale i tutaj do rzadkości należy terminal w barze czy restauracji, zwłaszcza znajdującej się poza centrum. O gęstości POS-ów w innych miastach Czech lepiej w ogóle nie wspominać. Technologia PayPass? A co to takiego?
Na czeskim rynku funkcjonuje obecnie kilka zagranicznych banków, które na różne sposoby starają się przekonać Czechów, że można inaczej. Jedne z nich bazują na nowoczesnej kampanii reklamowej, która ma przekonać, że wreszcie to bank jest dla klienta, a nie odwrotnie. Inne z kolei po prostu rezygnują z podstawowych opłat i prowizji po to, aby wprowadzić nową jakość. Wszystkie jednak muszą zarabiać pieniądze, aby nie pozostawać w tyle za swoimi konkurentami. Dlatego nadal można trafić na różnego rodzaju gwiazdki, haczyki i przypisy do umów.
Jednak na szybką zmianę tej sytuacji nie ma co liczyć. Większość Czechów jest po prostu zbyt leniwa, by szukać bardziej atrakcyjnych ofert, a banki nie czują na plecach oddechu konkurencji, który wystarczająco silne zmotywowałby je do działania.
TOMASZ DAWID JĘDRUCHÓW
Cały artykuł w numerze 1/2012 Eurogospodarki.

