Strona główna Archiwum Czy Chiny tracą swoją konkurencyjność?

Czy Chiny tracą swoją konkurencyjność?

0

Prawdopodobnie ta sytuacja niedługo może się zmienić. Ekonomiści sygnalizowali to od dawna – niespotykany wzrost gospodarczy Państwa Środka musiał prędzej czy później przełożyć się na wzrost płac, a co za tym idzie, obniżenie konkurencyjności produkcji w Chinach. W 2000 r. średnia pensja chińskiego pracownika z sektora produkcji stanowiła ok. 36% płacy pracownika tego samego sektora w USA. Obecnie jest to 48%, a według prognoz w 2015 r. współczynnik wzrośnie do 69%.
Można też zauważyć, że chińska gospodarka po wielu latach sztucznego zaniżania kursu juana nie jest w stanie dalej dźwigać takiego ciężaru, a waluta powoli staje się coraz droższa. Taka zmiana sytuacji sama w sobie generuje potrzebę zmiany taktyki największych firm, a kiedy dodamy do tego wielkie wzrosty cen surowców, a więc również ceny transportu, może okazać się, że Chiny powoli, lecz sukcesywnie tracą swoją konkurencyjność na rynkach produkcyjnych.
Włodarze ChRL z pewnością uważnie obserwują sytuację. Udział eksportu w PKB zaliczył spadek o pięć punktów procentowych w dwa lata – od 2008 do 2010r. Nie mogło to umknąć uwadze sztabu ekonomistów pracujących dla chińskiego rządu. Reakcja? W najbliższym, dwunastym już planie pięcioletnim „wzrost jakościowy” zastąpił „wzrost inkluzywny”, a założenia tegoż wzrostu są niższe i łatwiejsze do utrzymania, niż miało to miejsce wcześniej.
Co kryje się pod tym terminem? Wzrost inkluzywny jest wolniejszy, ale charakteryzuje się większą jakością wzrostu. Może to sugerować, że Chiny – po okresie drapieżnego ataku na światowe rynki, zdobyciu pozycji gospodarczej potęgi i zarobieniu kosmicznych pieniędzy – mają zamiar inwestować je we własny rynek i podnosić jakość życia w swoim kraju, a przy okazji zacząć zarabiać więcej na swoich obywatelach, którzy zarabiają coraz więcej, a więc mają możliwość również więcej wydawać.
Okazuje się, że jednym z krajów, który na takiej zmianie światowego rynku skorzysta najwięcej może być… Polska. Kalkulacja uwzględniająca koszty produkcji i koszty transportu szczególnie w branży tekstylnej już teraz stawia Polskę praktycznie na równi z Chinami, a nawet daje jej pewną przewagę.
Koszty produkcji ubrań w naszym kraju są większe, ale rekompensowane przez koszty transportu. Jakościowo natomiast polskie produkty znacznie wyprzedzają te z napisem „Made in China”. Wygląda na to, że polscy przedsiębiorcy dostrzegają tę szansę.
Polska stała się konkurencyjna nie tylko w branży tekstylnej. Dla przykładu, Samsung ma zamiar zainwestować nad Wisłą 167 mln dol. i produkować u nas tzw. szafy chłodnicze, czyli dwudrzwiowe lodówki, a na tym prawdopodobnie się nie skończy, bo coraz głośniej mówi się o otwarciu linii produkcyjnych dla płyt grzewczych i piekarników. Również amerykański Whirlpool dostrzegł, że Polska może być odpowiednim miejscem do lokalizacji produkcji i przeniósł swoją fabrykę zmywarek z niemieckiego Neunkirchen do Wrocławia.
Prognozowany wzrost poziomu wynagrodzeń chińskich pracowników skalkulowany jest na kilkanaście procent w skali każdego kolejnego roku. Nawet, jeśli koszty będą wzrastały o kilkanaście procent, dla spółek produkujących w Chinach wciąż jest to opłacalne, bo w przełożeniu na bezpośrednie zyski, będzie to jedynie kilka procent, więc wpływ spadku konkurencyjności Chin byłby nawet mniejszy niż wahnięcia inflacji. Co natomiast stanie się za dziesięć lat, kiedy chińskie zarobki jeszcze wyraźniej zbliżą się do tych zachodnich? Czy beneficjentem takich zmian okaże się Polska?
Ciężko dziś odpowiadać na tego typu pytania, ale jedno jest pewne – nie należy ignorować dynamiki zmiany i zakładać, że światową gospodarką kieruje ukształtowany ład, którego nie da się zmienić. Historia uczy, że takie łady w decydujących momentach łamią się jak zapałki.
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 1/2012 Eurogospodarki.