Strona główna Finanse Uścisk ręki mniejszego człowieka

Uścisk ręki mniejszego człowieka

0
Uścisk ręki mniejszego człowieka

– Twoi rodzice nigdy nie zabrali cię do Japonii? – szczerze zdumiał się kiedyś mój pięcioletni (wówczas) syn. Wałkowaliśmy akurat temat wschodnich sztuk walki, samurajów i broni typu nunczako – pośredni efekt przedszkolnej edukacji. Japonia jawiła się więc dziecku jako kraj nie tylko egzotyczny, ale i bardzo atrakcyjny. – Na pewno się tam wybierzemy! – zapewniał. – Może nawet w następne wakacje?
Smutna historia
Nigdy nie byłam z rodzicami w Japonii. Więcej, nigdy nie zabrali mnie za granicę. Wakacje w latach gierkowskiego prosperity spędzaliśmy na wczasach pracowniczych w Bieszczadach, Zakopanem, Krynicy-Zdroju, a w chudych latach 80. – pod gruszą. I przecież nie brak pieniędzy o tym przesądzał (fakt, nie mieliśmy ich zbyt wiele). Świat wydawał się na tyle zamknięty, że dopiero dobrych kilka lat po upadku słusznie minionego ustroju przyszło mi do głowy, że przecież wszystko się zmieniło. Że nie muszę planować wakacji w Zakopanem czy nad polskim morzem, bo mogę wyrobić sobie paszport (!), wsiąść do nocnego pociągu i pojechać na przykład na Litwę. Do Wilna, Połągi, Nidy – o których tyle czytałam. Miałam 28 lat.
Węgry, Grecja, Francja, Belgia, Włochy… Moje dziecko też co prawda nie było ani z matką, ani z ojcem w Japonii (i pewnie do Japonii z nami nie poleci), ale do samolotu wsiada jak do pendolina, a paszport trzyma w szufladzie między skarpetami.
Lekka irytacja
W Internecie roi się od obrazków o szczęśliwym dzieciństwie w PRL. Godzinami włóczyliśmy się po podwórkach, jedliśmy chleb z cukrem, sąsiad mógł nas złoić pasem, gdy weszliśmy do jego sadu, w telewizji był dla nas tylko Teleranek (oczywiście, jeśli jakiemuś generałowi nie przyszło do głowy akurat w niedzielę wprowadzać stan wojenny – takie drobne zastrzeżenie), nie znaliśmy smaku coca-coli, ale potrafiliśmy wywijać cuda na trzepakach. Byliśmy biedni, ale szczęśliwi.
Szczerze? Trochę mnie one irytują. Nie dlatego, że swoje dzieciństwo miałabym wspominać źle. Nie byłam nieszczęśliwa. Rodzice nie zapisali mnie do przedszkola, bo nie chcieli, a poza tym dużo chorowałam, opiekowały się mną sąsiadki. Bardzo lubiłam się bawić w piasku, więc na zimę urządziły mi w swojej kuchni piaskownicę. Nie przepadałam za wywijaniem cudów na trzepaku, ale tata nauczył mnie czytać i w wieku pięciu lat pożerałam wszystkie książki dla dzieci, jakie udało się zdobyć w księgarni. A potem zapisałam się do bibliotek. Dwóch, po co się ograniczać. Szkoła rejonowa pracowała na trzy zmiany, zaczynałam lekcje o 13 – w zimie wychodziłam z domu o 10 i zjeżdżaliśmy ze stromych górek  na metalowych pokrywach od śmietników. A potem suszyliśmy spodnie na kaloryferach. Także ten… Fajnie było.
Podkloszowe dzieciństwo
Ale czy to znaczy, że dzieciństwo „teraz” jest gorsze od „wtedy”? Raczej inne. Mniej spontaniczne. Bezpieczniejsze (albo wręcz „podkloszowe”). W sumie wszystko zależy od nas, rodziców.
Jedni chcą chronić swoje dziecko przed wszystkimi chorobami i szczepią je od pierwszych tygodni życia, tropiąc informacje o nowych szczepionkach (to ja, przyznaję). Inni – chcą chronić swoje dziecko przed chorobami i odmawiają szczepień. Jedni chcą przygotować swoje dziecko do wyzwań, jakie postawi świat, i zapisują trzylatka na kurs chińskiego. Inni – chcą przygotować swoją latorośl do wyzwań, jakie postawi świat, i spędzają z nią czas na placach zabaw i w parkach linowych. Jedni chcą chronić swojego malucha przed nudą i posyłają go do pierwszej klasy, gdy ma sześć lat. Inni chronią swojego malucha i trzymają go w przedszkolu. Jedni pakują niemowlaka w nosidło i ruszają na górską wędrówkę. Inni z niemowlakiem w nosidle lecą do Wietnamu. Dla jednych szczęśliwe dzieciństwo to wata cukrowa i spacer do zoo, inni dają dzieciom chipsy z marchewki i obserwują ptaki w Borach Tucholskich, bo zoo to ZUO.
Prezenty na Dzień Dziecka
A skoro mowa o dzieciństwie… W tym roku znów w połowie kwietnia, jak co roku – odkąd zostałam mamą – zadałam sobie pytanie: – Z czego by się ucieszył w Dniu Dziecka?
Że za wcześnie w kwietniu myśleć o 1 czerwca? Pewnie to kompleks. Pozostałość po traumie, bo pierwszy prezent „dzieńdzieckowy” był wyjątkowo nietrafiony. Grająca maszyna, strzelająca piłeczkami (zabawka edukacyjna  jak najbardziej odpowiednia dla wieku) okazała się katastrofą. Czerwonego, zaryczanego i śmiertelnie przerażonego syna długo nosiłam na rękach, przeklinając własną głupotę. Może dlatego już w połowie kwietnia zaczynam się zastanawiać: – Niech to będzie coś, z czego się naprawdę ucieszy.
W tym roku robimy sobie dzień wolny. Od szkoły, od pracy. Taki, w którym można wsiąść do pociągu (albo samolotu tanich linii) byle jakiego, nie dbać o bagaż (choć o bilet już tak) i ściskając rękę mniejszego człowieka patrzeć przez kilka, kilkanaście godzin, jak w tyle zostają problemy dorosłego życia – nienapisane artykuły, telefony z wydawnictwa, co z kolejnymi rozdziałami książki, niezapłacone rachunki, kredyt we frankach itd.
Takiego dnia, niekoniecznie 1 czerwca, wszystkim przyszłym dorosłym i byłym dzieciom z całego serca życzę!