Wielka Brytania jako pierwszy kraj w historii opuściła szeregi Unii Europejskiej. Referendum w tej sprawie odbyło się 23 czerwca 2016 roku
Ciężar unijnej składki
Dla brytyjskich eurosceptyków sprawa jest jasna – secesja to więcej pieniędzy w państwowej kasie. Już samo pozbycie się składki, którą Londyn co roku musi odprowadzać do unijnego budżetu, pozwoli zaoszczędzić równowartość 0,2 proc. tamtejszego PKB. Wielka Brytania jest bowiem jednym z największych unijnych płatników netto, czyli państw, które więcej do wspólnej kasy wpłacają, niż z niej otrzymują. Według danych Parlamentu Europejskiego w 2014 roku do Brukseli trafiło z Londynu ponad 11,3 mld euro. Z powrotem wróciło już niespełna 7 mld euro, z czego większość w formie dopłat dla rolników. Kraj był więc na tym stratny przeszło 4,3 mld euro. Straciłby o wiele więcej, gdyby nie tzw. rabat brytyjski, czyli upust wywalczony w latach 80. przez ówczesną premier Margaret Thatcher. Żelazna Dama sprzeciwiała się nierównym – jej zdaniem – zasadom oskładkowania poszczególnych krajów. Przy podziale unijnych środków priorytetem były dotacje na rolnictwo, które w uprzemysłowionej Anglii odgrywa marginalną rolę. Z tego powodu Londyn znacznie więcej do budżetu wpłacał niż z niego otrzymywał. Dzięki uporowi Thatcher część brytyjskiego wkładu została jednak przeniesiona na inne kraje. Przed dwoma laty kraj zaoszczędził dzięki temu ponad 6 mld euro. Gdyby nie to, straty sięgałyby nie 0,2 proc., ale blisko 0,5 proc. PKB. Mimo tych ustępstw koszty obecności w UE w dalszym ciągu przewyższają odnoszone korzyści.
Na Wyspy nie tylko po zasiłek
Brexit to także oszczędności w postaci niższych wydatków socjalnych. Eurosceptycy zauważają, że Londyn zostający poza Unią oznacza mniejszą liczbę bezrobotnych imigrantów i mniej wypłacanych im zasiłków. Trzeba przyznać, że rozbudowana pomoc socjalna stanowi dla przyjezdnych bardzo silny magnes. Według danych brytyjskiego rządu w 2014 roku korzystało z niej ponad 140 tys. imigrantów, w tym przeszło 14 tys. Polaków. Do wzięcia były m.in. pieniądze dla rodziców z dziećmi (ponad 100 zł tygodniowo na każde z nich), zasiłki dla bezrobotnych (do 380 zł tygodniowo), nie mówiąc już o zasiłkach mieszkaniowych, których wysokość może przekroczyć nawet 2 tys. zł na tydzień. Przybywający na Wyspy to jednak nie tylko zasiłki do wypłacenia, ale przede wszystkim dodatkowe ręce do pracy, które są potrzebne. Jak policzył urząd ONS, czyli odpowiednik polskiego GUS, w 2015 roku w Wielkiej Brytanii mieszkało ponad 850 tys. Polaków. Nieoficjalne szacunki mówią o ponad 1,2 mln. Odsetek korzystających z tamtejszej pomocy socjalnej jest więc marginalny i wynosi zaledwie 1,6 proc. Tymczasem jak prognozuje Instytut Sobieskiego praca naszych rodaków mieszkających na Wyspach przyczyni się w najbliższych latach do wzrostu tamtejszego PKB średnio o 7 mld funtów rocznie.
Odwrót
Po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej swobodny jak dotąd dostęp do tamtejszego rynku pracy, zapewne tak swobodny już nie będzie. Owszem układ z Schengen mówiący o braku kontroli osób przekraczających granice obowiązywałby nadal, ale jego zalety odczuliby głównie turyści oraz szukający pracy na czarno. Dla zainteresowanych legalnym zatrudnieniem możliwość przyjazdu na Wyspy bez możliwości podjęcia pracy mijałaby się z celem. Zamknięcie rynku pracy to także powrót dużej części Polaków, Bułgarów czy Rumunów do swoich ojczyzn. Już samo skurczenie się brytyjskiej Polonii o zaledwie jedna czwartą spowoduje, że na Wyspach Brytyjskich nagle pojawi się kilkaset tysięcy wolnych miejsc pracy. Wypełnienie tych wakatów z pewnością nie odbyłoby się automatycznie i na dłuższy czas zaszkodziło tamtejszej gospodarce. O nowych pracowników byłoby o tyle trudno, że obecnie stopa bezrobocia na Wyspach jest najniższa od 2006 roku. Po reemigrantach pozostałyby natomiast wolne przede wszystkim nisko płatne zawody, takie jak m.in. praca na zmywaku. Rodzimi pracownicy tego zajęcia by nie podjęli, bo prawdopodobnie pracę, i to lepszą, już mają.
Załamanie handlu
Odpływ imigrantów to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Jak szacuje Open Europe, w sumie secesja do 2030 roku kosztowałaby Wielką Brytanię nawet 56 mld funtów rocznie. Stanowi to równowartość przeszło 2 proc. brytyjskiego PKB. Niższe koszty Brexitu przewiduje niemiecki Bertelsmann. Jego zdaniem w najgorszym możliwym scenariuszu byłoby to 23 mld funtów w ciągu roku. Oznacza to, że gospodarka Wysp Brytyjskich do końca przyszłej dekady mogłaby stracić łącznie aż 300 mld funtów. Straty w dużej mierze wynikałyby ze spadku aktywności wymiany handlowej z innymi państwami. Brytyjskie towary wysyłane za granicę zostałyby obciążone cłami, których obecnie w ramach wewnątrzunijnej wymiany płacić nie trzeba. Według szacunków porozumienia Britain Stronger in Europe w sumie byłby to dodatkowy koszt w wysokości 11 mld funtów rocznie, a z tego powodu wolumen brytyjskiego eksportu skurczyłby się nawet o 7 proc. Jednocześnie droższy stałby się import. Wiązałoby się to z taniejącym funtem. Tamtejsze firmy kupujące towary od zagranicznych dostawców po przeliczeniu na euro czy dolary musiałyby zapłacić za nie więcej niż dotychczas.
Brytyjski pieniądz taniałby głównie z powodu odpływu zagranicznych inwestorów. Ci, wycofując się z brytyjskiego rynku, sprzedawaliby funty i kupowali za to inne waluty. Ten negatywny dla Wielkiej Brytanii trend już jest widoczny. Tylko od grudnia ubiegłego roku tamtejsza waluta straciła na wartości blisko 10 proc. Aby zatrzymać przecenę i skłonić zagranicznych inwestorów do pozostania w kraju, Bank Anglii musiałby znacznie podnieść stopy procentowe. To z kolei uderzyłoby w rodzimych przedsiębiorców, którzy od zaciągniętych kredytów płaciliby wyższe odsetki.
Marginalizacja Londynu
Analitycy Euler Hermes nie wierzą w skuteczność działań Banku Anglii. Według ich szacunków Brexit do 2019 roku oznaczać będzie aż 210 mld funtów utraconych inwestycji zagranicznych. Taka suma pieniędzy mogłaby pojawić się w brytyjskiej gospodarce, gdyby ta nie wyszła z Unii. A tak trafi gdzie indziej. Wygrana eurosceptyków oznacza także koniec Londynu jako centrum europejskich finansów. Brytyjska stolica to według zestawienia Global Metro Monitor Map jedno z pięciu pod względem PKB największych miast świata. W 2014 roku wartość wyprodukowanych tam dóbr i usług wyniosła aż 835 mld dolarów, czyli niemal dwa razy więcej, niż wyniosło PKB całej Polski! Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej skłoni dużą część międzynarodowych korporacji do przeniesienia się np. do Frankfurtu bądź Paryża, by zyskać dostęp do unijnych rynków.
Zagrożone polskie interesy
Gdy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, jej budżet skurczy się o blisko 9 proc. Wspólną europejską kasę należałoby wtedy przeliczyć ponownie i rozdzielić pomiędzy kraje członkowskie już odpowiednio mniejsze kwoty. Najbardziej straci na tym Polska. Do naszego kraju płynie bowiem największy strumień pieniędzy z Brukseli. W efekcie secesji Londynu pojawi się też problem powracających z saksów rodaków. Część z nich jako nowy cel emigracji obierze np. Norwegię czy Niemcy. Duża grupa z powrotem osiedli się jednak na polskiej ziemi. Nasz rynek pracy nie jest, niestety, na to gotowy. Choć stopa bezrobocia jest u nas ostatnio rekordowo niska (w marcu 2016 roku spadła najbardziej od 25 lat), to jednak wystarczy, aby pracy zaczęło szukać dodatkowe 100 tys. przyjezdnych Polaków, a pozytywne tendencje wyhamują. Po kieszeni dostaną także polscy eksporterzy. Z wstępnych danych Ministerstwa Rozwoju w 2015 roku wynika, że rodzimi przedsiębiorcy wysłali na Wyspy Brytyjskie towary o wartości przeszło 12 mld euro (8 mld funtów). Stanowiło to blisko 7 proc. całkowitej wartości polskiej sprzedaży zagranicznej. Zamknięcie tamtejszego rynku lub obłożenie go cłem sprawi, że nasze firmy albo znajdą zbyt gdzie indziej, albo będą musiały pogodzić się ze znacznie mniejszymi niż dotąd zyskami z handlu z Wielką Brytanią.
Unia imperialistom niepotrzebna
W razie kryzysu gospodarczego Wielka Brytania mogłaby liczyć na pomoc ze strony Unii Europejskiej – taki argument w ogóle nie przemawia do Brytyjczyków. Mocno zakorzeniony w ich świadomości imperializm sprawia, że czują się panami sytuacji i wierzą, że z ewentualnym kryzysem poradzą sobie sami. Na nic zda się więc podawanie przykładu Grecji, która na ratowanie swojej gospodarki z unijnych instytucji otrzymała w postaci pożyczek, umorzeń i dotacji gigantyczną kwotę 240 mld euro (abstrahując od tego, czy ta pomoc była rzeczywiście skuteczna). Argument pozostania we Wspólnocie i wzajemnego wsparcia tym bardziej traci na znaczeniu, że bezrobocie spada, a dynamika PKB rośnie. Wielka Brytania znajduje się obecnie w szczycie cyklu koniunkturalnego. Od 2011 roku stopa bezrobocia obniżyła się tam z 8,4 do zaledwie 5,1 proc., a wzrost gospodarczy już od blisko dwóch lat utrzymuje się na przyzwoitym poziomie 2–3 proc. rocznie. To nie jest środowisko, które mogłoby wspierać euroentuzjastów. Nie wiadomo jednak, czy ewentualny kryzys jeszcze nie pogorszyłby panujących nastrojów. Wówczas kozła ofiarnego w postaci polityków z Brukseli można by bardzo łatwo wskazać.