Strona główna Rynek Czy powinniśmy się zadłużać

Czy powinniśmy się zadłużać

0
Czy powinniśmy się zadłużać

Według statystyk nie odbiegamy pod względem zadłużenia od średniej europejskiej. W tej dziedzinie jednak bardziej niż statystyki, liczy się rzeczywistość. W ciągu ostatnich kilku miesięcy o kredytach i zadłużeniu Polaków mówi się dużo i głośno. Niestety, głównie, a nawet niemal wyłącznie, w kontekście negatywnym, czyli problemów z tym związanych. Impulsem do tego, by je dostrzec w całej pełni, stała się niespodziewana decyzja szwajcarskiego banku central-nego o zaprzestaniu utrzymywania kursu tej waluty na poziomie ustalo-nym wcześniej jako nieprzekraczalny. Konsekwencją ożywionej dyskusji nad podziałem „winy”, a przede wszystkim nad zasadnością pomocy frankowiczom, było także dostrzeżenie przez państwo znacznie większej rzeszy zadłużonych w polskiej walucie, którzy również mają kłopoty ze spłatą kredytów. W efekcie ta druga grupa doczekała się już ustawy, dzięki której pomoc mogą wkrótce uzyskać, podczas gdy pierwsza wciąż czeka na odpowiednie przepisy.
To dopiero pierwszy krok
Bardzo dobrze, że niezależnie od politycznych motywacji, problem zadłużonych, którzy nie z własnej winy popadli w kłopoty, został wreszcie dostrzeżony. Warto także, by na tych rozstrzygnięciach dyskusja nie została zakończona, lecz poszła dalej, traktując kwestie kredytów i zadłużenia bardziej kompleksowo. Warto zauważyć, że ten proces już się rozpoczął. Pierwszym krokiem była gruntowna nowelizacja przepi-sów o upadłości konsumenckiej, która umożliwiła praktyczne wykorzystanie tej instytucji przez zadłużonych. O potrzebie takich rozstrzygnięć świadczy gwałtowny wzrost liczby wniosków o upadłość i ogłoszonych rozstrzygnięć.
Krok drugi również wykonano
Było nim uchwalenie ustawy antylichwiarskiej, cywilizującej działalność firm pożyczkowych oraz mającej ograniczyć pozaodsetkowe koszty kredytów i pożyczek. Były one z jednej strony głównym źródłem zysku firm pożyczkowych i banków, z drugiej zaś powodem kłopotów ich klientów. Warto przy tym zwrócić uwagę, że ze swobody określania tych kosztów chętnie korzystały i korzystają również banki. Mimo że od kilkunastu miesięcy mamy rekordowo niskie stopy procentowe, gdzie główna stopa referencyjna wynosi zaledwie 1,5 proc., a rynkowy koszt pieniądza, liczony według stawek WIBOR rynku międzybankowego sięga 1,7–1,8 proc., rzeczywista roczna stopa oprocentowania kredytów gotówkowych udzielanych przez banki przekracza 20 proc. w skali rocznej. To powoduje, że kredytobiorcy w rzeczywistości w żadnym stopniu nie korzystają z dobrodziejstwa niskich stóp procentowych. Nie korzysta także gospodarka, której pobudzeniu obniżenie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej miało przecież służyć. Ekonomiści wciąż narzekają na niski popyt wewnętrzny i niewielką dynamikę konsumpcji indywidualnej, między innymi wynikające z niechęci do pożyczania pieniędzy. Trudno się dziwić, że gospodarstwa domowe nie chcą korzystać z kredytu, skoro faktyczne jego koszty wciąż są horrendalnie wysokie.
Rząd zrobił też krok trzeci
Przyjął ustawę o pomocy zadłużonym i podjął pracę nad rozwiązaniami problemu kredytów we frankach. Komisja Nadzoru Finansowego już wcześniej robiła sporo, wydając liczne rekomendacje, zachęcające banki do umiaru i racjonalizacji ryzyka, ograniczając niebezpieczeństwo zarówno po stronie banków, jak i kredytobiorców.
Pojawia się pytanie
Czy to wystarczy, czy to już wszystko, co można zrobić, by uporządkować kwestie związane z kredytami, pożyczkami i zadłużeniem oraz zadłużonymi? Czy można zrobić coś jeszcze, co sprawiłoby, że Polacy odżegnujący się od kredytów, przestaną się ich bać, a ci, którzy chętnie i zbyt chętnie po nie się-gają, nauczą się korzystać z nich rozsąd-nie? Bo niemal wszystkie wymienione dotąd działania wiązały się prawie wyłącznie z tą gorszą stroną zadłużenia.
To oczywiście w większości działania słuszne i potrzebne, ale można też, obserwując je, odnieść wrażenie, że kredyt jest czymś złym, a przynajmniej niebezpiecznym. A przecież funkcjonuje on „od zawsze”, co nie znaczy, że zawsze traktowano go jednakowo. Wydaje się, że właśnie teraz powinien on działać w najbardziej cywilizowanej, przyjaznej społeczeństwu i gospodarce formie, zaspakajać potrzeby klientów, a nie być tylko instrumentem osiągania wysokich zysków dla firm pożyczkowych i instytucji finansowych.
Potrzebne następne kroki
Do tego, że warto nad problemami związanymi z kredytem i zadłużeniem głębiej się zastanowić, przekonuje skala problemu oraz potrzeba dokładniejszego się jej przyjrzenia. Dość powiedzieć, ograniczając się tylko do zadłużenia gospodarstw domowych w bankach, że sięga ono prawie 620 mld zł, czyli około 35 proc. produktu krajowego. Zdecydowaną większość tej kwoty, bo aż 377 mld zł, stanowią kredyty mieszkaniowe. Niespełna jedna czwarta naszego zadłużenia finansuje potrzeby konsumpcyjne. Z jednej strony, można powiedzieć, że to kwoty bardzo duże. Z drugiej jednak, na tle średniej europejskiej nie wyglądają już tak przerażająco. Przeciętnie wartość kredytów w krajach naszego kontynentu sięga 40–50 proc. PKB. Do średniej jeszcze sporo nam brakuje, nie mówiąc o tych zadłużonych ponad miarę, w których wartość kredytów dorównuje wartości PKB.
Ale kredyty to nie tylko makroekonomia i statystyki, lecz przede wszyst-kim stojący za nimi ludzie. Ostatnio największą uwagę zwraca się na tych, którzy mają problemy. Ta armia liczy zaś prawie 2,5 mln osób. Zadłużenie, którego nie są w stanie spłacić, wynosi prawie 41 mld zł. Statystycznie to także nie jest dużo. „Zaledwie” 6,5 proc., biorąc pod uwagę wartość wszystkich kredytów, i „aż”, biorąc pod uwagę liczbę dłużników. Rozmawiać i myśleć więc jest o czym. Nie tylko o tym, kto jest temu winny oraz komu i jak należy pomóc, ale także choćby o tym, jak to się dzieje, że bankom bardziej opłaca się sprzedać „trefne” kredyty firmom windykacyjnym za 10 proc. wartości, a nie opłaca się umo-rzyć na przykład połowy zadłużenia, by umożliwić spłatę drugiej połowy.