Strona główna Rynek Fetysz pułapek

Fetysz pułapek

0
Fetysz pułapek

Skąd się wzięło pojęcie pułapka średniego dochodu? Czy to jest to samo co pułapka średniego rozwoju?

– Nie jestem zwolennikiem tego pojęcia. Uważam je za termin celebrytę, który niewiele albo i nic nie znaczy, a wszyscy go powtarzają. Zupełnie jak „koniec historii” Fukuyamy – historia w najlepsze kręci się nadal, a Fukuyama zdobył sławę i majątek. Mówiąc serio – po raz pierwszy pojawiło się to określenie w literaturze naukowej kilka lat temu w odniesieniu do tych zacofanych krajów w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej, które weszły na ścieżkę uprzemysłowienia. Przestały być biedne, ale jeszcze nie weszły do kręgu najbogatszych. Mają więc średni poziom PKB na głowę i stąd nazwa pułapka średniego dochodu. Używany niekiedy termin pułapka średniego rozwoju wynika z błędnego tłumaczenia pojęcia middle income trap. Na czym polega w ujęciu teoretycznym to wpadnięcie w pułapkę średniego dochodu? Otóż kraj wchodzący w fazę industrializacji przestaje być konkurencyjny na światowym rynku produktów surowcowo-rolnych ze względu na wyższy poziom płac w stosunku do krajów najbiedniejszych. Jednocześnie nie jest jeszcze w stanie konkurowaćz krajami najbogatszymi w eksporcie zaawansowanych wyrobów przemysłowych. To z kolei spowalnia wzrost gospodarczy i mamy pułapkę.

Przy jakim średnim dochodzie powsta-ją tak fatalne skutki?

– Mówi się o 10–11 tys. dolarów amerykańskich na jednego mieszkańca, a następnie o barierze 15–16 tys. dolarów amerykańskich. Już tylko te wielkości wskazują, że w przypadku Polski, gdzie dochód na jednego mieszkańca jest o wiele wyższy, trudno takim terminem się posłużyć. Wydaje się, że do popularności „pułapki” w polskiej debacie na temat rozwoju gospodarczego wydatnie przyczynił się prof. Jerzy Hausner. Wkrótce „pułapka” zaczęła żyć własnym życiem: mówili o niej ekonomiści, publicyści, a w końcu zaczęli i politycy. Każdy przez ten termin rozumiał co innego. W dodatku zaczęto to łączyć z alternatywą: dyfuzja naśladowcza – dyfuzja kreatywna…

Przepraszam, ale „dyfuzja” kojarzy mi się z chemią i biologią. Skąd ona w ekonomii?

– Upraszczając, sprowadza się ona do twierdzenia, że rozwój oparty na imitacji jest zły, a rozwój wynikający z wdrażania oryginalnych innowacji jest dobry. To pogląd fałszywy, co już dawno udowodniono. Na przykład przekonująco udowadnia to prof. Oded Shenkar w wydanej w 2010 roku książce „Naśladowcy. Jak inteligentne firmy wykorzystują imitacje, by zdobyć strategiczną przewagę”. Z perspektywy przedsiębiorstwa strategia imitacyjna nie jest gorsza, a w wielu wypadkach lepsza, niż strategia oparta na oryginalnych rozwiązaniach. Jeśli więc namawiamy polskich przedsiębiorców do budowania laboratoriów i angażowania się w kosztowne prace B+R, musimy mieć pewność, że nie przeczy to ich zdroworozsądkowej biznesowej kalkulacji. Zgadzam się, że przedsiębiorczość opiera się na ryzyku. Ale dlaczego ryzykować kosztowne nakłady na badania i rozwój, skoro dobrze przemyślana strategia imitacyjna może się okazać i tańsza, i bardziej skuteczna, zapewniając szybciej wyższy zysk? Pamiętajmy, że istotą przedsiębiorczości nie jest jakaś innowacyjność, lecz osiąganie zysku, bo bez tego przedsiębiorstwo po prostu upadnie.

Odnoszę wrażenie, że pan nie lubi powszechnego pociągu do innowacyjności.

– Nie podoba mi się fetyszyzowanie innowacyjności oraz pogarda dla imitacji. W kółko opowiadamy o tym, jak dzięki innowacji powstał Apple czy Nokia. Tym firmom się udało. Ale to pojedyncze przypadki! W tym samym czasie tysiące innych firm, których nazw dzisiaj nikt nie zna, na innowacjach się potknęło i zniknęło z rynku. Tom Cruise za jeden film bierze kilkadziesiąt milionów dolarów. Czy oznacza to, że każdy aktor tarza się luksusie? Nie. Znakomita większość klepie biedę. Apple i Nokia to Tom Cruise biznesu. W naukach społecznych używa się określenia „prawda obiegowa”. My teraz rozmawiamy o takich prawdach obiegowych.

Jak zatem przedstawia się Polska 2015?

– Mamy za sobą 25 lat transformacji, którą z perspektywy rozwoju przedsiębiorczości można ocenić jako spektakularny sukces. Co prawda, zdecydowana większość dwumilionowej rzeszy przedsiębiorców to podmioty bez pracowników lub kilkuosobowe, ale mamy już kilkadziesiąt tysięcy większych firm reprezentujących przyzwoity poziom techniczno–organizacyjny śmiało wychodzących na rynki międzynarodowe. Nasze przedsiębiorstwa lepiej sobie poradziły z ostatnim globalnym kryzysem niż te pochodzące z bogatszych krajów UE, reprezentujące generalnie wyższy poziom innowacyjności, jak chociażby Hiszpania czy Portugalia. A jednocześnie trzeba zauważyć, że Polska należy do ścisłej światowej czołówki, jeśli chodzi o udział kapitału zagranicznego w gospodarce. W roku 2012 blisko połowa, bo 47 proc. udziału w przetwórstwie przemysłowym Polski należała do firm zagranicznych lub ze znaczącym udziałem kapitału zagranicznego. Ponad 60 proc. polskiego eksportu wyrobów przemysłowych pochodzi z takich przedsiębiorstw. Filie zagraniczne zlokalizowane w Polsce, muszą stosować nowoczesne technologie i rozwiązania organizacyjne, by zachować standardy jakościowe macierzystych korporacji. Weźmy Fiat Auto Poland – z pewnością produkty tej fabryki reprezentują ponadprzeciętny poziom techniczny, sami Włosi się dopytują, nabywając samochody, czy na pewno pojazd został wytworzony w polskim zakładzie, bo to gwarantuje jakość. Ale myśl techniczna, technologia i konstrukcja, rozwiązania materiałowe w Polsce nie powstały. Czy zatem mamy w imię dyfuzji kreatywnej czy unikania pułapki średniego dochodu wypychać Fiat Auto Poland z naszego kraju?! Wtedy utracilibyśmy silny bodziec do wdrażania innowacji dla całej masy krajowych poddostawców dla międzynarodowych koncernów. A taka inspiracja, a nawet przymus podciągania się do standardów światowych, zachodzi, tylko nikt tego nie bada.

Czyżby innowacyjność nie miała nad Wisłą szans?

– I tak doszliśmy do polskiej specjalności, czyli wiecznego niezadowolenia. Słychać sformułowania w rodzaju: „No tak, trochę nam wychodzi ten wzrost, ale wszystko to jest imitowaniem rozwiązań obcych. To jest pułapka, bo to nie gwarantuje nam stabilizacji. Ktoś inny zaoferuje niższe koszty pracy przy podobnych kwalifikacjach siły roboczej, i co? Musimy zwrócić się w kierunku dyfuzji kreatywnej, samemu tworzyć innowacje i je wdrażać, i tym podbijać światowe rynki”. Na pierwszy rzut oka wygląda to rozsądnie i kreatywnie, ale jak poskrobać, to pojawiają się luki. Po pierwsze, by wdrażać oryginalne rozwiązania, trzeba najpierw zbliżyć się do światowej czołówki, a to można osiągnąć poprzez twórczą adaptację istniejących technologii. Po drugie, najnowszy trend jest taki, że nawet wiodące międzynarodowe koncerny równolegle do własnych prac badawczo-rozwojowych ciągle skanują globalny rynek technologii, by znaleźć interesujące rozwiązania, opracowane przez kogoś innego. Ale to mają robić przedsiębiorstwa. A sektor przedsiębiorstw w Polsce, podobnie jest zresztą na całym świecie, jest zróżnicowany. Czyli nasza innowacyjność powinna być szyta na miarę. Najsłabsze podmioty powinny asymilować nowoczesne technologie i rozwiązania organizacyjne dostępne na rynku krajowym. Te na średnim poziomie mogą imitować i twórczo adaptować zagraniczne technologie. Własne oryginalne w skali światowej wdrożenia mogą wprowadzać polskie firmy na najwyższym poziomie zaawansowania technologicznego, których w mojej ocenie może być najwyżej kilkaset. A przypomnę, że aktywnych podmiotów gospodarczych mamy w Polsce ok. 2 mln.

Panie profesorze, jeśli nie innowacje, jeśli nie dyfuzja kreatywna, to co? Może jednak wpadniemy w tę pułapkę średniego dochodu…

– Przestańmy z tą pułapką! Powiedziałem, że dochód mamy już ponadpułapkowy. Moim zdaniem innowacja nie może być celem samym w sobie, natomiast w roli narzędzia, jednego z narzędzi, do osiągnięcia sukcesu przez przedsiębiorstwo jest oczywiście bardzo pożądana. Druga sprawa: przeciwstawianie imitacji kreatywności nie ma wielkiego sensu i nie znajduje potwierdzenia w otaczającej nas rzeczywistości. Weźmy na przykład samochód – w każdym nowym modelu większość części to imitacja, a jedynie kilka elementów stanowi całkiem nowe kreacje. Czy w związku z tym dyskwalifikować takie auto, czy uznać za innowacyjne…? Natomiast dyskusja o pułapce średniego dochodu i niskiej innowacyjności niejako przykrywa inne problemy i zagrożenia dla polskiej gospodarki i społeczeństwa. Dotyczy to w pierwszej kolejności wykorzystania funduszy unijnych. Tak dostrzegamy zagrożenia, gdy szeroki strumień funduszy skończy się po 2020 r. Ale co z już wydanymi środkami? Pod hasłem „innowacje są panaceum na wszystko” zachęcono dotacjami przedsiębiorstwa do podejmowania nakładów inwestycyjnych o wątpliwej efektywności. Bez tych dotacji same przedsiębiorstwa by się na to nie zdecydowały. Podobnie wyższe uczelnie, które ze środków unijnych fundowały sobie różnorakie centra innowacyjności, parki technologiczne itp. twory. Po pewnym czasie pojawiały się wątpliwości, czy aby te laboratoria i aparatura będą efektywnie wykorzystane, a jednocześnie pytanie: a skąd brać środki na utrzymanie tej całej infrastruktury? Innowacje powstają albo i nie, a rachunki trzeba płacić.

Skoro nie innowacyjność, to jaką drogę powinniśmy obrać?

– Podtrzymuję zdanie, że innowacyjność jako cel sam w sobie otwiera pułapkę wysokich kosztów dalszego utrzymywania bez większych widoków na zyski. Natomiast innowacyjność jako narzędzie – nie zapominając o wyższym ryzyku niż w przypadku rozwiązań imitacyjnych – to kierunek właściwy. Znany autorytet w dziedzinie zarządzania prof. Herbert Simon przestrzega przed strategią budowania narodowych championów, które weszłyby do grupy największych korporacji na liście Fortune 500. Bardziej atrakcyjne dla krajów „doganiających” jest według niego zdobycie mocnej pozycji w światowej drugiej lidze, a więc wykreowanie dużej liczby globalnych średniaków (hidden champions), zagospodarowujących atrakcyjne nisze globalnego rynku. Aktualnie Polska ma ich mniej niż 30, a trzeba by w najbliższych latach było ich 10 razy więcej. Dla porównania, Niemcy mają około 1300 takich firm. By wejść do światowej ligi globalnych średniaków czołówka polskich firm musi dokonać ilościowego i jakościowego skoku, zarówno w wymiarze technologicznym, jak i organizacyjnym. Musimy wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy. Szczycimy się – i słusznie! – wielokrotnym w stosunku do punktu wejścia w transformacje ustrojową wzrostem polskiego eksportu. Ale dyskretnie staramy się przemilczać fakt, że dwie trzecie tego eksportu realizowane jest przez korporacje zagraniczne bądź przez firmy ze znacznym udziałem kapitału zagranicznego. To rodzi pewne zagrożenia i dlatego powinniśmy wzmocnić polski segment eksporterów. Ale czy mamy rezygnować z dwóch trzecich eksportu, które realizują filie korporacji transnarodowych zlokalizowane w Polsce?! Zdecydowanie nie! Niech nadal rozwijają eksport, ale krajowe firmy powinny to robić jeszcze szybciej. Powinniśmy tworzyć i doskonalić istniejące mechanizmy wsparcia dla polskich przedsiębiorstw, ale tych, które już mają spore osiągnięcia na rynkach światowych. W tej grupie nie ma większego problemu, jeśli chodzi o rozpoznanie zagranicznych rynków zbytu zmierzających na rynki światowe. Są one w porównaniu z konkurencją słabsze, mniej obeznane ze światowymi obyczajami, prawodawstwem międzynarodowym, nierzadko ich właściciele i menedżerowie mają duży kłopot z angielskim. Musimy ciągle pamiętać, że jeśli ktoś nauczy się dobrze imitować produkcję na wyższym poziomie niż poprzedni to po pewnym czasie sięgnie po rozwiązania własne. O ile mu to się opłaci – rzecz jasna. Nie wierzmy w dylemat imitacja – kreatywność, bo końcowym miernikiem jest opłacalna produkcja. I z tego rozlicza się biznes.