Minęły czasy, gdy cnotą było niezaciąganie długów. Wszyscy przecież jesteśmy dłużnikami. Ci, którzy biorą kredyt na mieszkanie, i ci zaciągający dług honorowy. Ci, którzy otrzymują pracę po protekcji, i ci, którym lekarz uratował życie. Są długi lekkie i ciężkie. Łatwe do spłacenia i stojące kością w gardle.
Te pierwsze pojawiają się i znikają. Te drugie mogą odebrać sen, wywołać lęk czy wrzody żołądka. Obciążają nas materialnie i moralnie. Ci, którzy stawiają znak równości między długiem a grzechem, też je mają, tylko dorzucają do nich też grzech kłamstwa, mówiąc, że to nieprawda. Zaklinają się, że nigdy nie pożyczają pieniędzy. Pogardliwie wyrażają się o ludziach, którzy to robią. Nie przychodzi im do głowy, że też są dłużnikami. Krytykują kumoterstwo, nepotyzm, a sami, gdy są w potrzebie, zadają sobie pytanie: kto mógłby mi pomóc? I szukają najpierw w rodzinie, u znajomych i u znajomych znajomych. Korzystają, zaciągają dług. Zresztą nie uważam tego za coś złego. Wolę, by brat zreperował mi kran, bo widziałam go nieraz w akcji, niż nieznany hydraulik, który może być partaczem. Dlaczego mam nie przyjąć do pracy córki znajomego, skoro wiem, że jest zdolna, pracowita i uczciwa?
Zaciąganie długów jest stare jak świat. Popycha machinę życia do przodu. Wyobrażam sobie, jak człowiek pierwotny pożycza od mieszkańca drugiej jaskini narzędzia, dzieli się żywnością. Robi to instynktownie, żeby przetrwać. Każdy z nas uruchamia szare komórki w obliczu hamletowskiego pytania „być albo nie być”. Odważnie kombinuje, jak wybrnąć z trudnej sytuacji.
Bez procentów
W latach 80. dopiero raczkowały w Polsce pierwsze karty płatnicze, na początku lat 90. pojawiły się bankomaty, ale budziły nieufność. Domowy budżet wciąż ratowaliśmy, pożyczając sobie nawzajem parę groszy na dzień, tydzień, „do wypłaty”. Przyciśnięta do domowego muru ekonomicznego raz pożyczyłam od kolegi „na chwilę” 200 złotych (zarabiałam dwa tysiące). Jeden banknot z wizerunkiem Ludwika Waryńskiego, sam czerwony, był dodatkowo zabrudzony czerwonym mazakiem. Ponieważ nadszedł czas, by oddać 100 złotych koleżance, szybko pozbyłam się zabrudzonej stówki. Jakie było moje zdumienie, gdy tego samego dnia wrócił do mnie ten sam banknot od innej koleżanki, która dwa tygodnie wcześniej pożyczyła ode mnie taką właśnie kwotę. Tak oto doświadczyłam pożyczki międzyosobowej (a cóż robią dziś banki zwłaszcza w Chinach?), która pozwoliła naszej trójce przeżyć domowy minikryzys finansowy. Dyskretnie, bez bólu, bez procentu.
Odkąd pamiętam, nie waham się korzystać z pożyczki i również jej chętnie udzielam. Czasem – jak się okazuje – bezzwrotnej. Uważam, że jako istocie społecznej i tak mi się to opłaca. Nie lubię i nie umiem oszczędzać. Wolę kupić potrzebną rzecz na kredyt. Wiem, że mądrze zaciągnięty dług pomaga rozkręcić własny biznes. Iluż pracowitych, przedsiębiorczych ludzi doszło w ten sposób do majątku.
Żonglerka
Prawdziwej odwagi do zaciągania długów nabrałam jednak, śledząc przez pół roku wyczyny koleżanki z pracy Marii.
W latach 90. jej córka dostała się na studia we Włoszech. Płatne oczywiście. W domu nie było na zbyciu takiej sumy. Zdolnej dziewczynie groziło, że nie podejmie nauki. Wówczas jej matka załatwiła sobie w banku kartę z odroczonym terminem płatności. Zapłaciła z niej czesne i córka wyjechała na studia. Gdy zbliżał się termin spłaty, koleżanka pożyczyła potrzebną kwotę od przyjaciółki (tylko na dwa dni!). Oddała dług bankowi i mogła znów dysponować pieniędzmi przez następny miesiąc. Przy czym wystąpiła do drugiego banku po taką samą kartę z odroczonym terminem płatności. Żonglowała pieniędzmi z obu kart przez cały semestr, przestrzegając spłaty długów w terminie, by nie płacić odsetek. Córka się odwdzięczyła. Była świetną studentką, zdobyła stypendium, a mama mogła odetchnąć z ulgą i powoli pozbywać się długu i jednej karty. Drugą zatrzymała. Na czarną godzinę, jak mawia.
Skok w nieznane
W chwilach rozterki nie tylko, gdy mam zaciągnąć dług, przypominam sobie tę historię. Czasem trzeba zaryzykować (córka mogła nie dostać stypendium i wróciłaby do kraju), rozważyć za i przeciw, kalkulować i decydować, czy zrobić skok w nieznane, czy zachowawczo żyć „pięknie, ale biednie”. Jestem biologiem i tak sobie myślę, że zaciąganie długów mamy w genach. Może więc nie warto walczyć z naturą, a raczej niezbyt nachalnie, ale jednak, zaprzyjaźnić się ze starym znajomym, długiem naszym codziennym?

