Podczas szczytu UE poparto inicjatywę gospodarczą Komisji Europejskiej w sprawie utworzenia funduszu inwestycyjnego do 300 mld euro na lata 2015-2017. Środki te zostaną wykorzystane do ponownego uruchomienia spowolnionej europejskiej gospodarki. Przywrócenie wzrostu gospodarczego i zatrudnienia nadal pozostaje kluczowym priorytetem UE. Unijna gospodarka nie może wyjść z kryzysu i pozostaje w fazie rozwoju niezrównoważonego. Jej głównymi problemami są: niski wzrost, wysokie bezrobocie i wyjątkowo niska inflacja. Stąd potrzeba specjalnych działań i funduszy.
Nowy program inwestycyjny w celu zwiększenia liczby miejsc pracy i ogólnego wzmocnienia gospodarki, opiewający na 300 mld euro, ma być ostatecznie zatwierdzony przed świętami Bożego Narodzenia. Realizacja planu inwestycyjnego nie przyczyni się do wzrostu długu publicznego i deficytu budżetowego, ponieważ większość tej kwoty będzie pochodzić od prywatnych inwestorów.
Na marginesie spotkania przywódców UE odbył się także Trójstronny Szczyt Społeczny. Oprócz polityków UE w jego skład weszli pracodawcy i przedstawiciele organizacji pracowniczych. Zgodzili się oni na pilną potrzebę stymulowania inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy w celu osiągnięcia celów strategii Europa 2020, długoterminowego wzrostu UE i zwiększenia zatrudnienia. Rozmowy koncentrowały się również na promocji odnowy gospodarczej sprzyjającej zatrudnieniu, a w szczególności sposobów wspierania zatrudnienia młodzieży. Trójstronny Szczyt Społeczny pozytywnie wyraził się o nowym funduszu inwestycyjnym.
Ustępujący przewodniczący KE, José Manuel Barroso, powiedział: „Jeśli naprawdę chcemy zwiększyć wzrost gospodarczy i zatrudnienie, to kraje UE muszą również zreformować swoje gospodarki tak, aby mogły konkurować z resztą świata i przyciągnąć tu firmy chcące inwestować. Jeśli poważnie myślimy o osiągnięciu naszych celów w zakresie wzrostu i zatrudnienia do 2020 r., trzeba poważnie myśleć o reformach”.
Przypomnijmy, że to polski minister finansów, Mateusz Szczurek, zaproponował na początku września br. powołanie przez UE specjalnego funduszu na inwestycje o wartości 700 mld euro.
Z tych środków miałyby być finansowane duże europejskie projekty w energetyce, transporcie, IT i sektorze obronnym. – Fundusz dla europejskich inwestycji w wysokości 700 mld euro pomógłby przyspieszyć wzrost gospodarczy w krótkim okresie, zwiększyć potencjał wzrostu w długim okresie, a także pozwoliłby na wyrwanie Europy z pułapki deflacji – wyjaśniał minister Szczurek. W swoim przemówieniu w Brukseli podkreślał, że europejski fundusz inwestycji miałby działać pod egidą Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Kapitał funduszu byłby zwiększany (lewarowany) poprzez wykorzystywanie pożyczek na rynku finansowym i inwestowany w wybrane projekty infrastrukturalne. Jego zdaniem, bezpośredni udział sektora publicznego w funduszu przyciągnąłby prywatnych inwestorów, którzy teraz nie palą się do finansowania dużych projektów infrastrukturalnych, uznając je za zbyt ryzykowne.
Czy uda się zebrać te 300 mld euro, pokaże czas.
Na razie nikt nie kwapi się do płacenia zwiększonej składki do budżetu UE na podstawie zmian w zasadach obliczania PKB unijnych państw. Większej części pieniędzy, tj. 2,1mld euro, Komisja Europejska zażądała od Wielkiej Brytanii. Ale brytyjski premier publicznie odmówił. Wzrost PKB w większości krajów UE obejmuje przewidywane dochody z niektórych rodzajów szarej strefy, w tym handlu narkotykami, prostytucji i przemytu.
Wiadomo, że pilny zastrzyk finansowy pobudzający gospodarkę jest Unii bardzo potrzebny.
Prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, wydał poważne ostrzeżenie dla przywódców strefy euro o ryzyku „nawrotu recesji”, chyba że zgodzą się na „konkretny harmonogram” reform oraz pobudzą inwestycje. – Strefa euro jest w krytycznym etapie odzyskiwania oddechu, straciła impet, zaufanie spada, bezrobocie jest wysokie – ostrzegał Draghi 18 przywódców krajów strefy euro. – Aby gospodarka ponownie zaczęła rosnąć, przywódcy nie powinni liczyć tylko na działania EBC, ale również mieć swój udział: zwiększyć inwestycje i wdrażać reformy – apelował. Draghi zobrazował sytuację gospodarczą w strefie euro, w szczególności w zakresie długu publicznego i deficytu, dzieląc je na kategorie:
kraje z długiem poniżej 60%: Estonia, Luksemburg, Łotwa, Litwa, Słowacja i Finlandia
kraje z długiem pomiędzy 60% a 90%: Holandia, Malta, Słowenia, Niemcy i Austria
kraje z długiem ponad 90%: Hiszpania, Francja, Cypr, Belgia, Irlandia, Włochy, Portugalia i Grecja (174,9%)
deficyt budżetowy poniżej 2% mają: Luksemburg, Niemcy, Estonia, Austria, Łotwa, Holandia
od 2% do 3% – Finlandia, Litwa, Słowacja, Malta, Włochy i Belgia
ponad 3% – Francja, Słowenia, Grecja, Portugalia, Cypr, Irlandia i Hiszpania.
Na koniec pierwszego półrocza łączne zadłużenie krajów Unii Europejskiej sięgnęło rekordowych 11,93 bln euro, co stanowi 87% ich PKB. W strefie euro dług publiczny zwiększył się do 92,7% PKB, czyli do 9,26 bln euro.
Na razie bez rozgłosu, Europejski Bank Centralny rozpoczął w tajemnicy skup państwowych papierów wartościowych Włoch, Hiszpanii i Francji, co z kolei zaniepokoiło światowe rynki.
Kolejnym krokiem w realizacji programu „nasycenia” rynków płynnością może stać się przejście EBC do skupu nie tylko obligacji państwowych, ale także korporacyjnych, jako bardziej „agresywnego” środka „wpompowywania” pieniędzy w gospodarkę europejską. Draghi oświadczył, że zamierza rozpocząć skup ABS-ów (Asset Backed Securities – papiery wartościowe zabezpieczone wierzytelnościami). Szacuje się, że dodruk wyniesie pomiędzy 500 mld a 1 bln euro. Banki komercyjne skupiły w kilku minionych latach znaczną ilość obligacji krajów europejskich. W efekcie ogromnego popytu ceny obligacji rosły, a rentowność spadała, więc potrzebna jest pomoc z EBC, który dodrukuje euro i skupi ABS-y.
Europejski Bank Centralny poprzez aktywne wpompowywanie pieniędzy na rynek bierze zatem na siebie funkcję jednej z wiodących światowych „maszyn drukarskich”, starając się w ten sposób zastąpić System Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych w charakterze instytucji zapewniającej płynność. Skup zadłużenia pomaga wpompować na rynki europejskie dodatkowe pieniądze, jednak nie powoduje, że papiery wartościowe i kraje, które je emitują, są mniej problematyczne.
Europejskie banki mają kłopoty, gdyż jedna piąta ze 130 nie przeszła stress-testów, czyli tzw. testów wytrzymałościowych, przeprowadzonych przez Europejski Bank Centralny.
25 z nich, głównie z południa Europy, dostało negatywną ocenę, 13 musi wszcząć program naprawczy i szybko znaleźć dodatkowe 9,5 mld euro, aby uzupełnić swój kapitał podstawowy. W sumie banki, które nie przeszły stress-testów, muszą zwiększyć kapitał o 25 mld euro. Wśród banków, które ich nie przeszły, aż 9 banków pochodzi z Włoch (na 15 badanych), w tym najstarszy bank świata Monte dei Paschi di Siena, po trzy greckie i cypryjskie, po dwa z Belgii i Słowenii, a także po jednym z Francji, Niemiec, Austrii, Irlandii i Portugalii, w tym Banco Comercial Portugues, właściciel Banku Millennium.
Na początek banki będą musiały skorzystać z funduszy ze źródeł prywatnych, w tym akcjonariuszy, a następnie (w razie potrzeby) mogą zażądać pomocy publicznej. Kłopot w tym, że jeżeli przyjdzie nowa fala kryzysu, banki UE mogą stracić do końca 2016 r. ok. 492 mld euro.
Tymczasem groźba, że Europa może pogrążyć się w gospodarczej otchłani, wciąż jeszcze nie jest zażegnana.
– Eurokryzys przybrał teraz inną formę – twierdzi analityk Robert Halver z Baader Bank. Po kryzysie zadłużenia obecnie nastąpił kryzys eurokoniunktury. W wielu państwach eurostrefy nie realizuje się żadnych reform dla poprawy warunków ekonomicznych. A tylko poprzez reformy można zachęcić przedsiębiorstwa do inwestycji i stworzyć trwałe miejsca pracy. Państwa UE mogą znowu popaść w tryb „barbarzyńskiego zadłużania się” w przekonaniu, że zaciągając długi, będzie można ustabilizować gospodarkę.
Problemy krajów strefy euro, wywołane przez kryzys zadłużenia w przeszłości, nadal wpływają na gospodarkę bloku, pokazując nieskuteczność istniejących europejskich instytucji politycznych i finansowych oraz skomplikowane stosunki między państwami – członkami Unii.
– Europejscy politycy oszukują samych siebie, myśląc, że kryzys się skończy i że gospodarka krajów strefy euro będzie odzyskiwać szybko oddech – uważa profesor ekonomii Charles Wyplosz. Według niego, rządy nadal stosują politykę fiskalną w ramach oszczędności, a EBC wykazuje niezdolność do stymulowania wzrostu. – Europa siedzi na beczce prochu – ostrzega profesor.
Niektórzy eksperci uważają, że dla trwałego wzrostu UE potrzeba czegoś więcej niż tylko polityki zaciskania pasa. Tylko stworzenie silnej unii politycznej i fiskalnej jest w stanie wyciągnąć Europę z kryzysu, z korzyścią dla słabszych krajów strefy euro. Rzecz w tym, że o jedność w UE jest obecnie bardzo trudno.

