Strona główna Rynek Pościg za Zachodem

Pościg za Zachodem

0
Pościg za Zachodem

W maju 2004 roku Polska weszła do grona krajów członkowskich Unii Europejskiej. Przez 12 lat nasza gospodarka urosła dwukrotnie. Niemal tyle samo zwiększyły się przeciętne wynagrodzenia. Mimo to w gronie 20 najbiedniejszych regionów UE wciąż znajduje się aż pięć polskich województw. To oznacza jeszcze długą drogę nadrabiania dystansu dzielącego nas od państw Zachodu.
Polska biegnie, Europa stoi
Z archiwalnych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na koniec 2003 roku wartość polskiego PKB wyniosła niespełna 815 mld zł. Obecnie zbliżamy się już do 1800 mld zł. Po uwzględnieniu inflacji okazuje się, że dziś nasza gospodarka wytwarza dobra i usługi o wartości ponad 80 proc. wyższej niż w momencie unijnej akcesji. Przeciętne wynagrodzenia również istotnie wzrosły. Statystyczny Polak w I kwartale 2004 roku mógł liczyć na 2370 zł brutto miesięcznie. Dziś zarabia przeszło 4100 zł. W tym samym czasie zdążyliśmy już w pełni pozbyć się kompleksów związanych z polskim pochodzeniem, a nasze firmy coraz śmielej wkraczają za granicę. Od momentu wejścia naszego kraju do grona członków UE nasz eksport potroił się i dziś sięga 180 mld euro. Skokowo zwiększyła się także wielkość bezpośrednich inwestycji polskich przedsiębiorstw za granicą. Ich wartość zbliża się do 100 mld zł. Przed akcesją polskiego kapitału za granicą nie było praktycznie wcale. W tym samym czasie państwa starej UE właściwie stały w miejscu. W latach 2004–2015 przeciętny wzrost PKB w ich przypadku wyniósł zaledwie 10 proc. Niemal nie zmieniły się także wynagrodzenia. Statystyczny Niemiec po uwzględnieniu inflacji zarabia dziś zaledwie o 5 proc. więcej niż dekadę temu.
Wzrost na sterydach
Polski wzrost gospodarczy – choć imponujący – oparty jest w znacznej części na wzroście zadłużenia oraz dotacjach z unijnego budżetu. W 2004 roku, czyli w momencie wejścia do Wspólnoty Europejskiej, dług publiczny wynosił 430 mld zł. Następnie każdego roku rósł w tempie od 5 do ponad 15 proc. Dziś jego wielkość wynosi przeszło 920 mld zł, a gdyby nie umorzenie ponad 150 mld zł zgromadzonych na kontach OFE już dawno przekroczylibyśmy bilion złotych. Polska jest jednocześnie największym beneficjentem unijnego wsparcia. Po uwzględnieniu należnych składek członkowskich do naszego kraju napłynęło już 74 mld euro (300 mld zł). Drugie tyle pojawi się w naszej gospodarce do końca tej dekady. Każda złotówka dotąd wpłacona do unijnej kasy zwróciła się w postaci ponad 3 zł nadesłanych z Brukseli. Wpływy tylko z tych dwóch źródeł (wzrostu długu publicznego i unijnych funduszy) przez ostatnie 12 lat wyniosły w sumie ok. 960 mld zł, czyli niemal dokładnie tyle, ile przez ten czas urosła polska gospodarka. Czyżby więc cały wypracowany wzrost opierał się wyłącznie na publicznych środkach?
Pięciu najbiedniejszych i jeden przeciętny
Świętokrzyskie, podlaskie, podkarpackie, lubelskie oraz warmińsko-mazurskie – te polskie województwa należą do grona 20 najbiedniejszych regionów całej Unii. Po uwzględnieniu różnic w kosztach życia we wszystkich wymienionych wielkość PKB per capita nie przekracza połowy unijnej średniej. To i tak dużo lepiej niż w momencie akcesji. Wówczas było to zaledwie 35–39 proc. Pomógł nam nie tylko wzrost gospodarczy, ale także statystyka. W 2007 roku do grona państw członkowskich UE włączono biedniejsze od Polski – Rumunię i Bułgarię. Dzięki temu unijna średnia ulegała obniżeniu, a my poszliśmy w górę. Na potrzeby obliczeń statystycznych Eurostat podzielił obszar całej UE na tzw. NUTS2 (w naszym kraju odpowiednikiem jest województwo). Łącznie takich regionów jest prawie 280, a najbogatsze z nich – Inner London West (grupa zachodnich dzielnic leżących w centrum brytyjskiej stolicy) wytwarza PKB na osobę ponadpięciokrotnie wyższy niż unijna średnia. Jeśli chodzi o Polskę, to zdecydowanym liderem jest województwo mazowieckie. Z PKB per capita wynoszącym 108 proc. przeciętnego zajmuje jednak dopiero 80. miejsce na liście najzamożniejszych obszarów Wspólnoty. Kolejne na liście dolnośląskie, mające jedynie 75 proc. średniej zamyka drugą setkę.
Walka o dotacje
Tak skrupulatne liczenie PKB służy także o wiele istotniejszym celom niż tylko porządek w papierach pracowników Eurostatu. Gra toczy się o bardzo duże pieniądze płynące z unijnego budżetu. W dużym uproszczeniu – im biedniejszy region, tym wyższe dotacje. Największe wsparcie dostaną regiony o PKB niższym niż 75 proc. unijnej średniej (przeciętna dla Polski to 70 proc.). Do tej grupy trafiły ponad dwie trzecie środków zaplanowanych w budżecie na lata 2014–2020. Jeśli dany kraj wytwarza od 75 do 90 proc. przeciętnej, wskakuje do grupy „przejściowej”, a dotacje spadają. Te, które generują ponad 90 proc., otrzymają najmniej pieniędzy. Taki podział ma pomóc wyrównać poziom życia w różnych częściach Unii.
W przypadku niemal wszystkich polskich województw sprawa jest prosta – dostają pełną pulę unijnych środków. Problem pojawia się natomiast w przypadku województwa mazowieckiego, które w myśl przyjętej klasyfikacji zalicza się już do regionów zamożnych. Z tego powodu stołeczny region otrzymałby znacznie mniejsze środki niż wcześniej (w 2004 roku wytwarzał PKB wynoszące zaledwie 74 proc. unijnej średniej). Skończyło się kompromisem. Bruksela uwzględniła argumenty polskiej strony, wskazujące na duże dysproporcje panujące w regionie. Dzięki temu w najbliższych latach województwo będzie traktowane nie jako „zamożne”, lecz „przejściowe”. Co prawda w bieżącej perspektywie dostanie aż o 1,5 mld euro (ok. 40 proc.) mniej niż w latach 2007–2013, jednak gdyby Unia była bardziej rygorystyczna mogło być znacznie gorzej. Pomysł wydzielenia Warszawy jako odrębnego regionu teoretycznie rozwiązałby sprawę. Pełna pula powędrowałaby do pozostałych miast regionu, natomiast stolica byłaby traktowana na równych zasadach jak Londyn czy Paryż. To jednak nie podoba się stołecznym decydentom.
Warszawa w pierwszej piątce
Uznanie regionu za „zamożny” oznacza nie tylko mniej pieniędzy z Brukseli, ale także m.in. wymogi inwestowania większej ilości funduszy w działalność badawczo-rozwojową (a nie jak dotychczas budowę prostych rozwiązań infrastrukturalnych) czy wyższy wkład własny dla samorządów i firm korzystających z unijnego dofinansowania. W taką pułapkę wpadła m.in. Bratysława. Po uwzględnieniu różnic w cenach region jest szóstym najzamożniejszym miejscem w całej UE. Pieniądze płynące do słowackiej stolicy są z tego powodu znacznie mniejsze niż w przypadku Warszawy. Gdyby naszą stolicę potraktować jako osobny obszar, wówczas jej PKB podskoczyło aż do 185 proc. unijnej średniej. Pod tym względem wyprzedzilibyśmy Bratysławę i awansowalibyśmy na piąte (!) miejsce wśród wszystkich europejskich regionów. Należy jednak dodać, że wysokie PKB niekoniecznie idzie w parze z wysokimi wynagrodzeniami. Według danych serwisu statystycznego Numbeo.com przeciętny Warszawiak zarabia na rękę nieco ponad 3,5 tys. zł. Statystyczny mieszkaniec Frankfurtu, Paryża czy Wiednia, po uwzględnieniu niższej siły nabywczej pieniądza, nadal jest o ponad połowę bogatszy.
Dogonimy Zachód?
Jeśli polska gospodarka będzie rozwijać się w dotychczasowym tempie (ok. 3,5 proc. rocznie) to średnią unijną powinna osiągnąć w okolicach 2035 roku. Szacunek zakłada, że nasz PKB będzie rosnąć w tempie o 2 punkty procentowe szybszym, niż średnia dla wszystkich 28 państw członkowskich UE. Jeśli uda nam się rozwijać jeszcze szybciej, a na dodatek do wspólnoty wejdą kolejni członkowie tacy, jak np. Albania, Serbia czy Turcja, wówczas stanie się to o kilka lat szybciej. Wciąż będzie to jednak dopiero średnia. Pościg za Niemcami, Holandią czy Wielką Brytanią potrwa kolejne kilkanaście lat. W praktyce może się to jednak nigdy nie udać. Szybki wzrost naszego PKB w ostatnich latach zawdzięczamy w sporej mierze unijnym dotacjom oraz wzrostowi zadłużenia. Powodem jest także niska baza, czyli punkt, z którego rozpoczynaliśmy marsz w górę. Nadrabianie zaległości w miarę bogacenia się ulega stopniowemu wyhamowywaniu. Wysokie dotacje też się skończą i w końcu to Polska stanie się płatnikiem netto (krajem wpłacającym do unijnego budżetu więcej, niż z niego otrzymuje). Obecne położenie Polski dobrze tłumaczy analogia sportowca, który dopiero rozpoczął treningi. Jeśli biega na 100 m, jego wyniki będą coraz lepsze, a poprawa znacznie szybsza niż w przypadku mistrzów czy rekordzistów świata. Widząc postępy takiego sportowca, można dojść do mylnego wniosku, że w pewnym momencie zdoła prześcignąć obecnych czempionów. Wkrótce okaże się jednak, że przyrost formy fizycznej spowolni, a dalsze postępy sportowca będą ograniczać naturalne bariery, których nie jest w stanie przekroczyć.
Potrzebne innowacje
W świecie gospodarki mistrzami są Niemcy, Holandia czy Skandynawia. Polska, choć goni ich zawzięcie, nie osiągnęła jeszcze nawet przeciętnego poziomu. Jednym z kluczowych czynników umożliwiających danemu państwu bicie kolejnych rekordów jest jego innowacyjność. Pod tym pojęciem kryją się nie tylko same nakłady finansowe na działalność badawczo-rozwojową, ale również m.in. efektywność systemu kształcenia, liczba składanych wniosków patentowych czy jakość kapitału ludzkiego. W przypadku Eurostatu brane są pod uwagę aż 24 różne czynniki, a uzyskane rezultaty pokazują jasno, że wynik danej gospodarki w dziedzinie innowacji jest niemal idealnie skorelowany z wysokością jego PKB. Im wyższy, tym wyższa jest także przeciętna zamożność społeczeństwa.
Niestety, Polska pod tym względem znajduje się w gronie pięciu najsłabszych państw UE. Potwierdza to tezę mówiącą o tym, że większość polskiego wzrostu w ostatnich latach była efektem wydatków związanych nie z pracami badawczo- rozwojowymi, ale podstawowymi inwestycjami infrastrukturalnymi. Powoli zbliżamy się jednak do punktu, w którym dalszy wzrost oparty na takich fundamentach nie będzie możliwy (tzw. pułapka średniego dochodu). Według różnych definicji jest to granica wynosząca ok. 30 tys. dol. PKB per capita. Taki poziom Polska powinna osiągnąć jeszcze w tej dekadzie. Wówczas albo wyhamujemy, dzieląc los Grecji czy Cypru, albo zdołamy przekroczyć napotykane ograniczenia i w dalszym ciągu będziemy ścigać najbogatsze gospodarki kontynentu.