Nowy system określania wypłacalności
Według projektu Ministerstwa Finansów zakłady ubezpieczeniowe i reasekuracji będą musiały w swoich działaniach biznesowych kierować się zasadą łączenia wymogów kapitałowych z realnym ryzykiem. Opierając się nich winny tworzyć swoje produkty tak, by nie zrzucać tego ryzyka na barki swoich klientów. Zostaną także ustalone takie zasady tworzenia rezerw finansowych niezbędnych do wypłacania klientom pieniędzy, by nie istniało ryzyko, iż w wyniku zerwania umowy lub jej rozwiązania, poniosą oni jakąś dużą finansową stratę.
Jak wyjaśniła wiceminister finansów Izabela Leszczyna w wypowiedzi dla Polskiej Agencji Prasowej, ten projekt zawiera w sobie także różne dodatkowe punkty dotyczące rozwiązania problemu polisolokat. – Jej zdaniem zostaną wprowadzone regulacje, które zapobiegną nieuczciwej sprzedaży niektórych ubezpieczeniowych produktów inwestycyjnych. – Dotąd mieliśmy do czynienia z niechlubnym zachowaniem zakładów ubezpieczeń, które tak konstruowały umowy, iż w przypadku, gdy klient chciał się z nich wycofać, tracił w zasadzie wszystkie oszczędności zainwestowane w ten instrument – stwierdziła Izabela Leszczyna. Według pani minister w projekcie ustawy zawarto klauzulę, iż konsument będzie miał możliwość odstąpienia bez strat finansowych od umowy do roku po jej zawarciu. Ograniczona ma być wysokość opłat w przypadku likwidacji polisy inwestycyjnej przed ustalonym terminem jej zakończenia do maksimum 4 proc. wpłaconych składek lub do 4 proc. wartości jednostek w przypadku ubezpieczeń z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi.
Projekt ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej wprowadza też konieczność przeprowadzania przez zakłady ubezpieczeniowe analizy potrzeb ubezpieczającego lub ubezpieczonego i sprawdzania, czy dana umowa jest dla niego odpowiednia. Np. zdarzały się przypadki, iż umowę na 15–25 lat zawierano z osobami w starczym wieku.
Zwiększa się także rola kontrolna KNF (Komisja Nadzoru Finansowego), która teraz będzie mogła w pełni monitorować rynek ubezpieczeniowych produktów inwestycyjnych i w razie jakiś nieprawidłowości ograniczać lub zakazywać ich sprzedaży. Zgodnie z projektem ubezpieczony będzie miał prawo do odstąpienia od umów ubezpieczenia na życie z elementem inwestycyjnym zawartych po dniu wejścia w życie ustawy, czyli od 2016 roku. Spory między konsumentami a zakładami ubezpieczeń dotyczące umów ubezpieczenia o charakterze inwestycyjnym ma rozstrzygać rzecznik ubezpieczonych.
Co dla starych?
– Długo czekałem na tę informację – mówi Pan Janusz z Warszawy, który umowę polisolokaty zawarł pięć lat temu – i jestem nią zdruzgotany. Ona niczego nie zmienia w mojej sytuacji. W dalszym ciągu muszę albo płacić, by za 10 lat, mam taką nadzieję, odzyskać włożone pieniądze lub teraz zakończyć tę umowę i odzyskać, może z 50 proc. włożonych środków. A to wszystko dlatego, że ta ustawa o polisolokatach ma obejmować tylko nowe umowy. Ci, którzy je już zawarli, w dalszym ciągu pozostają bez żadnej pomocy i są skazani na walkę. O nas rząd zapomniał – żali się ubezpieczony.
Podobnego zdania jest także Jacek Łęcki, prezes Stowarzyszenia Przywiązani do Polisy, które było jednym z konsultantów tworzonego przez Ministerstwo Finansów projektu ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej. Uważa on, iż zaoferowano oszukanym ludziom rozwiązanie pozorne, które w żaden sposób nie zmienia ich sytuacji. W czasie prac legislacyjnych z projektu wyeliminowano wszystkie prokonsumenckie rozwiązania dotyczące aktualnych posiadaczy polisolokat. A miały one tym osobom zapewnić taki sam poziom ochrony przed nieuczciwymi praktykami rynkowymi jak przyszłym klientom. Czyli np. w wypadku zerwania polisy przed upływem trwania umowy, ponosiliby opłatę likwidacyjną wynoszącą maksimum 4 proc. wartości oszczędności. Dzisiaj może ona wynosić nawet 50, 75 czy 99 proc. Ponoć wprowadzenie tej zasady miałoby spowodować kłopoty finansowe firm ubezpieczeniowych. Wobec tego dalej będą one mogły bezkarnie wyłudzać i przetrzymywać pieniądze swoich klientów. A ci klienci dalej muszą sądownie i przez kancelarie prawnicze dochodzić swoich praw i ponosić z tego powodu dodatkowe koszty lub płacić składki na niechciane polisy.
Polisolokata – oszukańcza hybryda
Polisolokata to połączenie umowy ubezpieczeniowej z lokatą. Zastosowano tu znakomity chwyt marketingowy, łącząc dwa słowa – „polisa”, czyli ubezpieczenie, a więc gwarantowane świadczenie w razie wypadku, ze słowem „lokata” – czyli bezpieczne (jak w banku) lokowanie środków pieniężnych. Można powiedzieć, że polisolokata to lokata wpisana w ubezpieczenie na życie lub dożycie. Dzięki temu unika się 19-proc. podatku. Jest to oszczędzanie rozłożone na długie lata. Najczęściej polisolokaty, zamiast samych polis, oferują klientom towarzystwa ubezpieczeniowe, traktując je jako dodatkowy, znakomity produkt do zarabiania pieniędzy. Składka w całości, albo w znacznej części jest inwestowana na rynkach kapitałowych w funduszach inwestycyjnych, które generalnie są uważane za ryzykowny produkt finansowy. Problemem jest także i to, że zyski z polisolokat wcale nie są takie jak zapewniano klientów w momencie zawierania umów. Ba, okazuje się, że są niższe od wielkości przekazywanych na nie środków. Na klienta czeka też inne niebezpieczeństwo zawarte w zapisie umowy: bardzo często – a praktycznie zawsze – wcześniejsze odstąpienie od umowy oznacza dla niego wysoką opłatę likwidacyjną.
– W Getin Banku chciałem założyć normalną lokatę. Zamiast niej zaproponowano mi polisę na życie i dożycie z funduszem kapitałowym – wyjaśnia pan Janusz. – Jestem osobą starszą i perspektywa wieloletniego oszczędzania raczej mnie nie interesowała, lecz doradca bankowy, który był znakomicie przygotowany, przekonał mnie, bym zainwestował 35 tys. zł na 15 lat. Ale przy tym oszukał mnie, twierdząc, iż mogę w okresie do pół roku spokojnie z tej polisy zrezygnować, jeżeli się okaże, że nie spełnia ona moich oczekiwań. I faktycznie nie spełniała, gdyż jej wartość w tym czasie praktycznie nie wzrosła. Postanowiłem zrezygnować i okazało się, że mogę liczyć na niecałą połowę zainwestowanych środków, gdyż resztę pochłania tzw. opłata likwidacyjna stosowana przy rozwiązaniach przedterminowych. Dla mnie to coś nienormalnego, to zwykłe oszustwo. Pan Janusz postanowił walczyć o swoje pieniądze, gdyż nabrał przekonania, że został z nich okradziony. Liczył na nowe rozwiązania rządowe, które okazały się droga ‘dla wybranych’. Jemu pozostaje droga sądowa.
Amber Gold to przysłowiowy pikuś
Polisolokaty są dla firm ubezpieczeniowych niezwykle dochodowym kąskiem. Opierają się on na wykorzystywaniu faktu częstego wcześniejszego rozwiązywania przez klientów umów i ponoszenia z tego powodu wysokich tzw. opłat likwidacyjnych. Według różnego rodzaju analiz i ocen ekspertów około 40 proc. tych umów jest rozwiązywanych w okresie pierwszych pięciu lat ubezpieczenia, ponad 20 proc. między 5– 10 rokiem i podobna ilość w okresie 10–20 lat obowiązywania polisy. Czyli do końca trwania 20-letniej polisy wytrzymuje mniej niż 20 proc. klientów, a ponad 80 proc. ponosi tzw. opłatę likwidacyjną w okresie pierwszych dwóch lat sięgającą nawet 100 proc.
– Polisolokaty to rynek, przy którym afera Amber Gold to przysłowiowy pikuś – stwierdza Jacek Łęcki, prezes Stowarzyszenia Przywiązani do Polisy. – Na rynku funkcjonuje około 5 mln polisolokat wartości 56 mld zł, a Amber Gold to 600 mln zł i 10 tys. osób. I o tym problemie mało się mówi, ba, stara się go wyciszać. Opłaty likwidacyjne inaczej nazywane alokacyjne czy dystrybucyjne, to ogromny i nieuzasadniony zysk dla towarzystw ubezpieczeniowych. Do tego dochodzi fakt, iż pieniądze klientów są marnotrawione przez firmy ubezpieczeniowe. Przykładem tego są chociażby należące do tej samej grupy finansowej: Open Life i TUnŻ Europa SA, które w sumie straciły ponad 1,6 mld zainwestowanych przez klientów złotych. Open Live zebrał od klientów składkę ok. 2,4 mld zł, a na koncie ma 1,4 mld zł. Natomiast TUiŻ Europa SA z zebranej składki 1,6 mld zł ma na koncie o 600 mln zł mniej. Takie straty, to albo dyletanctwo i rozrzutność, albo zwykła kradzież. A KNF uważa, że nie można od firm ubezpieczeniowych żądać, by spełniły żądania posiadaczy polisolokat, gdyż wtedy będą one miały ogromne problemy finansowe. Czyli KNF staje po stronie towarzystw, a nie po stronie konsumentów. Chociaż jej zadaniem jest troska o interes właśnie konsumencki. Po co zatem taki nadzór finansowy?
UOKIK prześwietla polisolokaty
Inaczej do sprawy podchodzi Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który pod koniec zeszłego roku nałożył w sumie 50,4 mln zł kar za nierzetelne informowanie o polisolokatach i o prawach oraz obowiązkach stron umowy. Otrzymały je firmy: Aegon TUnŻ (23,4 mln zł), Idea Bank (4,17 mln zł), Open Finance (1,67 mln zł) oraz Raiffeisen Bank Polska – dawniej Polbank EFG – (21,1 mln zł ). Wcześniej kwotą 6,7 mln zł UOKiK ukarał także Getin Noble Bank za nieinformowanie klientów o ryzyku utraty wkładanych środków na polisolokaty oraz o wysokich kosztach rozwiązania umowy. – Jest to jakieś światełko, gdyż ukarane firmy zaczynają lepiej dbać o klienta – wyjaśnia Jacek Łęcki. – Ale do sukcesu droga jeszcze daleka.
Resort finansów proponuje zmiany
Projekt Ministerstwa Finansów po zatwierdzeniu przez rząd trafi do komisji sejmowych i senackich. Jest szansa na zmiany i uzupełnienia. Może także o prawa obecnych klientów, którzy na polisolokatach stracili lub stracą. Może zostaną potraktowani tak jak ci, którzy do tego typu programów finansowych przystąpią w przyszłym roku. Wszystko zależy od tego, czy komuś na tym będzie zależało. Może się też okazać, że zdaniem parlamentarzystów interes ubezpieczycieli jest ważniejszy od interesu konsumentów. Wtedy obywatelom nabitym w butelkę wspólnie przez towarzystwa i polityków pozostanie już tylko zwrócić się o pomoc do prezydenta lub iść z pozwem do sądu.

