Na początek daje mu metrykę urodzenia, a na koniec akt zgonu. Wypełnia wszystko co pomiędzy: żłobek, przedszkole, szkoła, ośrodek zdrowia, szpital, komunikacja, ogrzewanie – dla najuboższych dach nad głową, a czasem i jedzenie. Dostarcza wodę i wywozi śmieci. Czasem zafunduje rozrywkę, żeby oprócz chleba i igrzysk trochę było. Samorządy wykonują co najmniej 90 proc. zadań związanych z jakością naszego życia, czasami biorąc na swoje barki zbyt wiele. Czasem niepotrzebnie, żeby przypomnieć aquaparki, których w ostatnich dwu dekadach powstało sporo, a do których trzeba dopłacać, bowiem – mimo obietnic – żaden nie potrafi samodzielnie się finansować. Mówimy „zadania”, a myślimy „pieniądze”. To one o wszystkim decydują.
Kawałki tortu są nierówne
Samorządy wprawdzie zostały wyposażone we własny majątek, ale uzyskały też prawo do udziału w dochodach publicznych, proporcjonalnie do przypadających im zadań oraz subwencji ogólnych i dotacji celowych z budżetu państwa. Mają też prawo ustalać wysokość podatków i opłat lokalnych oraz kształtować i dokonywać wydatków publicznych. Wyłania się z powyższego obraz Polski niczym smakowitego tortu podzielonego na równe kawałki i to w takiej ilości, by każdy najadł się do syta. Obraz to piękny, tyle że nieprawdziwy. Ani gminy, ani miasta, ani powiaty, ani województwa nie są równe. Ani pod względem zamożności, rozmiarów i populacji czy ważności dla państwa. Ani pod względem otrzymywanych dotacji czy subwencji, o co pretensje są najgorętsze. Widać te nierówności gołym okiem na przykładzie szkolnictwa czy służby zdrowia; w biedniejszych regionach samorządowe placówki z braku finansów podupadają, a co bardziej obrotni obywatele szukają wiedzy bądź zdrowia w dużych miastach. Albo – za granicą. Na miejscu pozostają najubożsi, wiekowi, chorzy, obarczeni liczną rodziną.
Biorą z przyszłości
Sposobem na zaspokojenie potrzeb, za które samorząd z mocy prawa jest odpowiedzialny, najczęściej jest zadłużenie. Nie ma skąd wziąć, to bierze z przyszłości. Liderem wśród miast jest Toruń z długiem 4828,34 zł na mieszkańca, który wyprzedza Wałbrzych (prawie 4013 zł na wałbrzyszanina), Płock (3846 zł), Łódź (3756 zł), Wro-ław (3582 zł) i Warszawę z długiem równym 3491,78 złotego na głowę. Ale stolica kraju jest jednocześnie miastem najzamożniejszym w kraju (no prawie, bo więcej z własnych dochodów uzyskuje Sopot – 75,2 proc., a Warszawa – 74,8 proc.). Mieć dochody własne, nie oglądać się na dotacje i subwencje to jest to. Ale los bywa niepewny. W ścisłej czołówce kraju pod względem samowystarczalności znajduje się Ruda Śląska, która 65,8 proc. potrzebnych złotówek uzyskuje ze źródeł własnych. To wnoszą trzy rudzkie kopalnie węgla kamiennego przeznaczone do likwidacji czy tzw. wygaszania.
Statystyki dotyczące mniejszych gmin miejskich i miejsko-wiejskich wskazują trzy drogi do samowystarczalności finansowej: albo trzeba mieć na swym terenie kopalnię (może być z elektrownią lub hutą), albo trzeba stać się uzdrowiskiem lub chociaż leżeć w pobliżu Warszawy. Pierwsza jedenastka pod względem samowystarczalności finansowej w tej kategorii prezentuje się następująco: 1. Polkowice (miedź) – 86,25 proc.; 2. Konstancin-Jeziorna (uzdrowisko k.Warszawy) – 84,66 proc.; 3. Międzyzdroje (uzdrowisko); 4. Ożarów Mazowiecki (k.Warszawy) 5. Łomianki (k.Warszawy); 6. Karpacz (uzdrowisko); 7. Bogatynia (węgiel brunatny + elektrownia); 8. Zakopane (uzdrowisko); 9. Krynica Morska (uzdrowisko); 10. Knurów (węgiel kamienny); 11. Jastarnia (uzdrowisko).
Polska A, B i C
Kiedyś była bieda. Potem przyszła w 2004 roku Unia Europejska ze swoimi funduszami. Ale bieda w Polsce C jest nadal. Nie pamiętam, kto jako pierwszy zakwestionował podział naszego kraju na Polskę A i Polskę B, stwierdzając, że jest jeszcze Polska C. Wiele osób uważa ten podział za krzywdzący i uwłaczający, ale liczby są bezlitosne. Takie piękne miasta jak Krosno, Przemyśl czy Zamość w mniej niż 40 proc. utrzymują się ze „swojego”. Większość środków finansowych napływa do nich z zewnątrz. Chyba nie trzeba udowadniać, jak to niezręczna pozycja dla samorządu tych miast – swoim można gospodarować wedle uznania, dotacja, subwencja czy inna darowizna zawsze jest ograniczona jakimś konkretnym celem, datą itp.
Kłopot z janosikowym
Janosikowe – ten element finansów samorządowych, pojawił się u nas w 2003 roku. To, ile samorząd ma w danym roku oddać pieniędzy, zależy od tego, ile ich dwa lata wcześniej wpłynęło do jego kasy z podatków (CIT). Np. w 2013 roku samorząd Warszawy oddał do budżetu państwa 793 mln zł, a wojewódz-two mazowieckie 661 mln zł. Poza tym wpłatę uiściły 163 jednostki samorządu terytorialnego. Średnia wysokość gminnych wpłat wyniosła 5,8 proc. ich dochodów za dany rok, w przypadku powiatów 17 proc., miast na prawach powiatu 3,2 proc., a województw 33,8 proc.
Janosikowe ma dość przekonującą oprawę ideologiczną: państwo niczym legendarny (słowacki!) Janosik zabiera bogatym i daje biednym. Rządzący od dawna obiecują zrobić porządek z Janosikiem fiskalnym, który sprawia, że unijne fundusze pomocowe na wyrównywanie różnic w poziomie życia omijają Mazowsze. Wszystko przez statystykę: Warszawa, z dochodem powyżej średniego unijnego poziomu życia po zsumowaniu z resztą województwa sprawia, że nie dostaje ono należytego, potężnego dofinansowania z Unii.
Mazowsze bez Warszawy?
Na pewno, gdyby Mazowsze i Warszawę rozdzielono, stawka janosikowego dla stolicy podskoczyłaby – według finansowych symulacji – o dodatkowe 380 mln zł. Wraz z nimi przedłużenie II linii warszawskiego metra odjechałoby w siną dal. Pomysł może też wywołać wojnę mazowiecko-mazowiecką. Bo gdzie ustanowić nową stolicę w pozbawionej Warszawy części? W Radomiu czy w Płocku? Oba miasta leżą na skraju regionu. Dochody Mazowsza, po odcięciu stolicy, stałyby się wręcz mikroskopijne. A argument o napływie środków unijnych to swoisty kij o dwu końcach – decyzje, zamiast w Warszawie, zapadałyby o blisko półtora tysiąca kilometrów dalej – w Brukseli. Bo skoro głównym źródłem utrzymania dla Mazowsza już bez Warszawy stać ma się Unia Europejska? A to dopiero preludium dylematów bez dobrego rozstrzygnięcia, bowiem pomoc Brukseli dla Polski ma trwać do roku 2020, co oznacza, że zadania trzeba rozliczyć do 2022 r. A co potem?
Zapał do dzielenia nie stygnie
Pomysłów na nowe podziały administracyjne jest więcej. Częstochowa chce znów stać się województwem i przy okazji uszczknąć część Łódzkiego. I Koszalin zabiega o odzyskanie statusu województwa. Dzielić się chcą powiaty i gminy albo nie chcą się łączyć, choć na pierwszy rzut oka – byłoby to logiczne. Klasyczny przykład: Metropolia Silesia, która miała zgrupować bodaj 14–18 (liczba stale zmieniająca się) miast Górnego Śląska i Zagłębia oraz jedno z krakowskiego (Jaworzno). Nie powstała, choć przy okazji budowy wspólnej spalarni śmieci naprawdę było do tego blisko.
Animozje trójmiejskie, bydgosko-toruńskie, radomsko-kieleckie, narosłe od lat nie dadzą się zwalczyć statystykami. Powiedzenie na terenie niedoszłej aglomeracji Silesia, że Śląsk miałby się połączyć w jakikolwiek sposób z Zagłębiem i vice versa, to herezja, jaka miejscowym przez usta nie przejdzie. Lepiej nie mieć żadnej spalarni odpadów lub posiadać ich 18, niż żeby miała stać jedna. Chyba że stanie w Sosnowcu (to mówi Ślązak) albo w Chorzowie (to z kolei zdanie mieszkańca Zagłębia). Cynicy twierdzą, że ów pęd do dzielenia i łączenia oraz tworzenia nowych jednostek samorządu terytorialnego, zwanych w żargonie urzędniczym JST – to kiepsko zakamuflowany pęd do ustawiania nowych urzędniczych foteli (z jedynie słusznego nadania, rzecz jasna).
Fitch humor poprawi
Fitch – obok Standard & Poors i Moodys – najważniejsza światowa agencja ratingowa opublikowała niedawno oceny dotyczące kondycji finansowej polskich JST. Oceny optymistyczne i pochlebne. Idzie ku lepszemu! W latach 2016–2017 przewiduje się nadwyżkę w budżetach samorządowych w Polsce, sięgającą łącznie 11–12 proc. ich rocznych dochodów, czyli w sumie 22 mld zł. Potężna kasa. O ile sama nadwyżka jako taka nie powinna jednak cieszyć (bo to oznacza, że coś nie powstało, ileś osób nie zarobiło, jakieś potrzeby pozostają niezaspokojone etc.), o tyle – przypomnijmy– przez całe lata straszył nas koszmar nadmiernego deficytu w budżetach JST. A deficyt samorządowy powiększa niedobór finansów budżetu państwa, którym rządzą surowe reguły.
Fitch ocenia, że sumaryczny deficyt finansów samorządowych osiągnie poziom rzędu 71 mld zł, co jest równoznaczne z 38 proc. dochodów bieżących. To wskaźnik całkiem przyzwoity, zważywszy, że w latach 2013–2015 deficyt ten sięgał 42 proc. Eksperci twierdzą, że poprawa deficytu wynika z coraz to lepszych wyników gospodarczych kraju i z coraz efektywniejszego i rozsądniejszego gospodarowania pieniędzmi przez samorządy. Choć przecież nie wszystkim jeszcze wyparowały z głowy lotniska, gigastadiony i aquaparki. Najprostszy wniosek z fitchowskiej oceny: stan finansów samorządowych jest dobry i stale się poprawia. A zatem nie istnieje obiektywna przesłanka, by dzielić, łączyć i przenosić z województwa do województwa. Od samego mieszania herbata nie robi się słodsza, a można ją przy okazji rozlać.
Nowa szansa
10 lutego do Eurostatu dotarł wniosek o podział Mazowsza na dwa obszary statystyczne przygotowany jeszcze przez rząd Ewy Kopacz. To rozwiązanie ma zapewnić uboższej części województwa dostęp do środków unijnych po 2020 roku bez bolesnego podziału województwa mazowieckiego. Podział statystyczny Mazowsza na dwa obszary NUTS2 sprawiłby, że pierwszy obejmowałby Warszawę i powiaty grodziski, legionowski, nowodworski, miński, otwocki, piaseczyński, pruszkowski, wołomiński i warszawski zachodni, a drugi – resztę Mazowsza. Pozostaje czekać na decyzję Eurostatu, który co trzy lata może wprowadzać zmiany w klasyfikacji państw członkowskich.
Artykuł pochodzi z nr 3/2016 Eurogospodarki