Z aktem Bolesława Bieruta, jak się wydaje, nikt nie potrafi sobie poradzić?
– Eee tam, nie potrafi! Nie ma politycznej woli. Taka jest prawidłowa odpowiedź. Chciałbym powiedzieć wyraźnie, że dekret Bieruta sam w sobie nie był złym zamiarem i nie był pierwszym tego rodzaju aktem prawnym w historii, że wspomnę pożar Londynu z 1666 r. Po pożarze zamierzano stworzyć nowy układ urbanistyczny City. Plany dotyczące odbudowy, w tym słynnego architekta Christophera Wrena, oparły się na przejrzystym układzie na wzór kontynentalny, z szerokimi alejami i placami. Jednak ze względu na to, że z wielu budynków ocalały przyziemia, a posiadacze chcieli szybko przystąpić do odbudowy, w końcu zarzucono plany wytyczenia nowej siatki ulic i City Londynu odbudowało się według pierwotnej siatki urbanistycznej.
Warszawa, która przed wojną była najgęściej zaludnioną stolicą europejską, a z wojny wyszła kompletnie zburzona, potrzebowała nowych rozwiązań urbanistycznych. Tylko taki dekret gwarantował szybką i racjonalną odbudowę miasta.
Dekret Bieruta w pierwotnym kształcie zakładał wywłaszczenie terenów niezbędnych dla miasta ze względu na niezbędne ciągi infrastrukturalne, komunikacyjne czy budowle o charakterze publicznym. W przyszłości miały zostać wypłacone odszkodowania za zabrane nieruchomości, czemu miały służyć obligacje miasta. Ten zapis jednak szybko zniknął z dekretu Bieruta, a obligacji miejskich nikt nie zobaczył. Problem dekretu polegał na tym, że o ile od razu doszło do komunalizacji (która w 1950 r. stała się nacjonalizacją) gruntów warszawskich, o tyle nie był on od początku stosowany co do przewidzianych w nim praw byłych właścicieli, którym w razie wniesienia przez nich „wniosków dekretowych” z reguły albo bezpodstawnie odmawiano przyznania prawa, które obecnie jest użytkowaniem wieczystym, albo w ogóle wniosków nie rozpatrywano. Skutkiem tego jest to, że sądy, do których wpływają sprawy „dekretowe”, muszą (choć czynią to może z nadmierną ochotą) orzekać w sposób prowadzący do zwrotu nieruchomości zajętych przez państwo na mocy dekretu z uwagi na istniejącą dzisiaj sytuację prawną, jeśli rzecz jasna nie ma jakichś fałszerstw, o których co jakiś czas głośno. Jeśli od strony formalnoprawnej wszystko jest w porządku, nieruchomość trzeba zwrócić.

