Z artykułu w grudniowym numerze „Eurogospodarki” dowiedzą się Państwo, że z interesu przynoszącego 60 tys. zł zysku brutto rocznie niemal 24 tys., czyli 40 proc., prywatny przedsiębiorca musi oddać państwowym urzędom. W taki oto sposób polskie państwo zniechęca swoich obywateli do przedsiębiorczości i do uczciwości. Aż dziw, że niektórzy mimo wszystko starają się być uczciwi. Rejestrują działalność gospodarczą i…? Przed każdym kolejnym terminem rozliczenia podatków i innych powinności na rzecz Skarbu Państwa bywają bliscy palpitacji serca. Skąd wziąć, żeby już na starcie nie zostać bankrutem?
Tak, ci mali przedsiębiorcy, którzy postanowili wziąć swój los we własne ręce, mają wielką szansę na to, że ich zapał i chęć działania zostaną brutalnie przerwane niezapowiedzianą wizytą komornika. Wobec nich polskie państwo jest zdecydowane i bezkompromisowe. Na nich i na ich małych biznesach chce zarabiać.
Wielkie korporacje i koncerny natomiast trzymają się świetnie. Ich właściciele, zazwyczaj obcokrajowcy, mogą liczyć na nadzwyczajną wręcz łaskawość polskiego fiskusa. Polskie państwo wydaje się rozpieszczać wielkich obcych, a zarabiać na małych własnych. Bzdura? Niezupełnie.
W Rzeczypospolitej Polskiej każdy obywatel młody, ambitny, ale bez łutu szczęścia, po jednym roku nieudanej działalności gospodarczej w tak zwanym małym biznesie, nie zarobiwszy ani złotówki, jest już winny ZUS blisko 5,5 tys. złotych. Ale to nic. Bardziej zaawansowani wiekiem przedsiębiorcy, za to równie pozbawieni szczęścia, po roku działalności ścigani będą już o 13 tys. 104 złote.
Aż strach próbować. Angażujesz posiadane środki (swoje, rodziców, kredytowe). Wymyślasz taktyki i strategie. Nie śpisz tyle, ile trzeba, bo ciągle brak czasu. Do rozstroju nerwowego doprowadzają cię ciągłe anonse o tym, jak to państwo polskie dba o przedsiębiorczych obywateli. I co? I komornik.
To nie tak miało być. Państwo nie powinno rosnąć w siłę, łupiąc małych, a folgując wielkim. Jeżeli rządzący nie zrozumieją tej prawdy, przedsiębiorczy Polacy dojdą może do mało patriotycznego, za to bardzo pragmatycznego wniosku – za granicą jest normalniej, chociażby w takich Niemczech, albo jeszcze lepiej w Wielkiej Brytanii.

