W czwartek 23 lutego br. jedną z najbardziej eksponowanych informacji w mediach była ta dotycząca programu. Według rzecznika Komisji Europejskiej, wypłata środków unijnych przeznaczonych na jego realizację programu została wstrzymana. Łączna kwota została oszacowana na 312 mln euro, które polskim przedsiębiorcom miałyby przejść przed nosem. Jako powód wstrzymania środków Ton van Lierop, rzecznik KE, podał niedopatrzenia polskiego Ministerstwa Rozwoju Regionalnego. Przy wnioskach do programu Innowacyjna Gospodarka KE akceptuje do 2% uchybień, w przypadku dokumentów płynących z Warszawy było ich niemal dwukrotnie więcej. Medialna afera rozkręciła się na dobre, a zarzuty o niekompetencję, brak profesjonalizmu i skandaliczne narażania polskiej gospodarki na straty były na porządku dziennym. Nikt wtedy nie spodziewał się jednak, że od tego typu zarzutów, sprawa dotrze do CBA, a Komisja Europejska sama zasugeruje korupcyjne wątki w przypadku kilku projektów finansowanych przez POIG.
Ton van Lierop 7 marca powiedział polskim dziennikarzom, że dofinansowanie polskich przedsiębiorców wciąż jest wstrzymane. Strona europejska zażądała audytu i odpowiedniego systemu kontroli środków wydawanych w ramach zaliczek na poczet realizacji projektów. Oprócz tego poprosiła o pełny raport dotyczący osiemnastu wątpliwych projektów od CBA i NIK-u. Wysunięto podejrzenia o korupcję w pięciu przypadkach projektów zamówionych przez Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Jeśli do końca maja strona polska nie prześle odpowiednich wyjaśnień, ponad 300 mln euro może już nigdy nie trafić do polskiego budżetu.
W raporcie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego dotyczącym programu Innowacyjna Gospodarka na lata 2007-2013 dokładnie zdiagnozowano problem, który za pomocą tych środków miał zostać naprawiony. Polskie przedsiębiorstwa w dniu akcesji stanowiły ok. 13,8% wszystkich firm działających w UE, ale ich dochód stanowi 3,2% całego dochodu przedsiębiorców w UE. Nietrudno wysnuć z tego wniosek, że znacząca różnica wynika nie tylko z niższej produktywności polskich firm, lecz także z dystansu technologicznego dzielącego Polskę i UE. Zawieszone 312 mln euro, to jedna z ostatnich transz, które miały pomóc wyrównać te dysproporcje, ale komunikat KE wskazuje, że wcześniejsze transze – a przypomnijmy, że w skali pięciu lat było to ponad 10 mld euro tylko z tego jednego programu – mogły nie być wydawane w odpowiedni sposób. Pewien dziennik dotarł nawet do procederu, który stał się dosyć powszechny wśród polskich przedsiębiorców liczących na środki z UE. Jak się okazuje, Polacy zakładają firmy, składają wnioski o dotacje, dostają środki, po czym… sprzedają interes. W ten sposób dotacja zostaje w ich kieszeni, a obciążeni odpowiedzialnością za powodzenie projektu są nowi nabywcy, nie zawsze wiedzący o tym, w jakiej znaleźli się sytuacji.
Inny polski dziennik wpadł niedawno na trop afery dotyczącej wieloletnich, opiewających na sumy wyrażane w miliardach euro, nadużyć przy kontraktach informatyzacyjnych. Zdaniem wielu komentatorów, sprawy te mogą być ściśle powiązane. Temat bajońskiej sumy, która czeka w zawieszeniu, na chwilę przycichł, a krytycy rządu w swoich sugestiach posuwają się nawet do oskarżeń o to, że rząd nie będzie chciał odzyskać tych pieniędzy, żeby nie sprowokować lawiny kolejnych informacji, które będą go kompromitowały.
Pewne jest natomiast, że 312 mln euro w polskim budżecie nadal nie ma i wydaje się, że ta suma zaczyna znikać na horyzoncie.
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 4/2012 Eurogospodarki.

