Strona główna Archiwum Fachowcy od siedmiu boleści

Fachowcy od siedmiu boleści

0
Fachowcy od siedmiu boleści

Dziś każdy w swoim mniemaniu może być superfachowcem tylko dlatego, że ma na to ochotę. Wśród nas panuje wszechobecna amatorszczyzna, każdy może robić, co tylko chce i… – co najgorsze – może to traktować jako sposób na zarabianie pieniędzy. A to dlatego, że mamy tzw. deregulację zawodową. Wystarczy zgłosić w gminie chęć bycia np. fryzjerem, kierowcą taksówki, krawcem, rzeźnikiem czy grabarzem. Zgodnie z prawem stajemy się nim, gdy gmina wyda nam takie zaświadczenie. Nikogo nie interesują kwalifikacje! Sprawę ma załatwić sam rynek… Gdy np. taki fachowiec krawiec uszyje spodnie z jedną nogawką, a fachowiec fryzjer zamiast ostrzyc ogoli, to wtedy straci klientów i sam zbankrutuje.
Ale moje problemy to „pikuś”. Od kilku dni nie mogę dojść do siebie po tym, jak dowiedziałem się o specyficznych praktykach przyjmowania chorych pacjentów do jednego z najbardziej znanych warszawskich szpitali. Mieszkanka Mokotowa ma pecha mieć ten, kiedyś resortowy, szpital za swój rejonowy. Gdy zwijając się z bólu – wczesnym rankiem zjawiła się w nim ze skierowaniem od lekarza pierwszego kontaktu, to w poczekalni spędziła 9 godzin, żeby dowiedzieć się, że jest okazem zdrowia! Wszystko robiono, żeby pozbyć się jej „w białych rękawiczkach”. Po prostu w szpitalach robi się pacjentowi test – jak wytrzyma w poczekalni/na izbie kilka godzin i sam nie zrezygnuje, to znaczy, że jest chory i nie symuluje, i w końcu trzeba się nim „skutecznie” zająć. W tym przypadku, po kilku godzinach takiego testowania i zrobieniu podstawowych badań krwi i moczu, wijącej się w bólu pacjentce oznajmiono, że nie ma podstaw do zostawienia w szpitalu, ponieważ jest okazem zdrowia. Dowiedziono również, że nie może jej boleć lewa strona jamy brzusznej, ponieważ „zwykle boli po prawej”! Nie było żadnej konsultacji urologa czy gastrologa – bo z takimi dolegliwościami została skierowana do szpitala. Ba, zrobiono za to serię zdjęć rentgenowskich kręgosłupa. I tu zaczyna się zabawa, bo lekarz – wbrew temu, co zobaczył na zdjęciu (tj. chory i wymagający leczenia kręgosłup) – opisał go jako zdrowy! I nie pomylił się, uczynił to z pełnym wyrachowaniem! Na korytarzu konsultował te zdjęcia z drugim lekarzem. Mąż chorej, który cierpliwie czekał pod drzwiami, słyszał rozmowę lekarzy, że zdjęcia muszą być tak opisane, żeby pozbyć się pacjentki ze szpitala… A koleżanka, po wieczornej prywatnej wizycie u urologa, dowiedziała się, że ma kolkę nerkową. Podobno to gorszy ból od porodu. Brrr…
Cały artykuł w numerze 4/2014 Eurogospodarki.