Gdy w 2010 r. rozporządzeniem ministra zdrowia powołano w Polsce do życia 14 Centrów Urazowych – specjalistycznych placówek medycznych mających za zadanie ratowanie życia ofiar wypadków, zapewniając im kompleksową pomoc medyczną, w tym szybką diagnostykę – wszyscy byli przekonani, że jest to jedyny sposób, by uległa zmniejszeniu tzw. śmiertelność pourazowa, sięgająca rocznie ok. 30 tys. przypadków, oraz zmniejszyło się kalectwo pourazowe.
Podstawową częścią centrum urazowego jest Klinika Traumatologii i Ortopedii, która została wyposażona w najnowocześniejszy dostępny na rynku sprzęt. Jej zadaniem jest ratowanie życia ofiar różnego rodzaju wypadków, udzielając im natychmiastowej, kompleksowej i specjalistycznej pomocy medycznej. Klinika ma za zadanie obsłużyć ofiary urazów z Warszawy i regionu Mazowsza, terenu bardzo zurbanizowanego, gdzie znajduje się gęsta sieć tras komunikacyjnych, gdzie najwięcej w kraju się buduje. Czyli jest to teren o największym w Polsce narażeniu na wypadki. Tu też mieszka ponad 6 mln osób, czyli ok. 15% mieszkańców Polski. Dlatego na brak pracy Mazowieckie Centrum Urazowe w WIM nie narzeka.
I właśnie finanse są ostatnio największym problemem dla funkcjonowania Kliniki Traumatologii i Ortopedii. Pracy z ofiarami wypadków jest tyle, że pochłania ona w znacznej części przyznany przez NFZ budżet dla całej kliniki.
NFZ nie chce nawet myśleć o jakimś dofinansowaniu kliniki, a jest to specyficzna jednostka, gdzie faktycznie trudno jest zaplanować roczny harmonogram finansowy. I tu pojawia się pytanie: „Czy z punktu widzenia jej normalnego funkcjonowania opłacało się tworzyć to specyficzne, pożerające pieniądze, Centrum Urazowe?”. Zarówno pacjenci, jak i kadra medyczna nie mają żadnych wątpliwości, że tak. Szkoda, że tylko NFZ jest innego zdania. I znów urzędnicze myślenie góruje nad ludzkim życiem.
ANDRZEJ KAZIMIERSKI
Cały artykuł w numerze 9/2014 Eurogospodarki.

