Bitcoin (inaczej BTC) to wynalazek XXI wieku. Jego pomysłodawca, Japończyk Satoshi Nakamoto zaprezentował go światu 4 lutego 2009 r. i w ciągu trzech lat wzbudził zainteresowanie finansistów spod każdej długości i szerokości geograficznej. Rozpoczęta trzy lata temu dyskusja nad przyszłością tzw. bitmonet trwa dalej, a ich zwolennicy i przeciwnicy przerzucają się argumentami. Faktycznie – choć Bitcoin przynosi niespotykane do tej pory możliwości i swobody w obrocie pieniądzem, jednocześnie przysparza niespotykanych dotąd zagrożeń. Czy mamy do czynienia z „wolną walutą dla wolnych ludzi”, czy z narzędziem do pompowania kolejnej bańki spekulacyjnej?
Bitmonety funkcjonują na podstawie tego samego mechanizmu, który pozwala na przesyłanie plików w systemie peer-to-peer (P2P). Za pomocą prostego programu, nazywanego cyfrowym portfelem, przechowujemy na swoim komputerze (dysku przenośnym, karcie pamięci itd.) wirtualną walutę, która – zdaniem entuzjastów pomysłu jest dla systemu pieniężnego tym samym, czym e-mail dla komunikacji. Porównanie w pewnym aspekcie bardzo trafne, bo jeśli np. sklep internetowy z drugiej części świata respektuje BTC, możemy przelać pieniądze za zakupy, nie czekając na to aż bank dokona przeliczenia na lokalną walutę i przeleje pieniądze po drodze, potrącając swoją opłatę. Jeśli ktoś z czytelników próbował robić tego typu transakcje, wie, że często jedynym rozwiązaniem są programy pośredniczące, jak np. PayPal, a dla wielu jest to skomplikowane i niewygodne.
Bitcoin trafia bezpośrednio do adresata bez żadnego pośrednictwa bankowego, ale również bez nadzoru takich instytucji, jak Urząd Skarbowy, Komisja Nadzoru Finansowego itd. Siła nowej waluty nie opiera się na zaufaniu do emitenta czy do systemu nadzoru, ale na sile obrotu. W 2009 r. za pomocą BTC wykonano 219 transakcji. Do końca września 2012 r. – już ok. 5 mln.
Ciekawostką jest to, że liczba BTC jest odgórnie określona. Obecnie w obiegu jest ponad 6 mln BTC, a każda jednostka jest podzielna aż na 100 mln (tak jak złotówka tylko na 100 groszy). Aż 6 razy w ciągu godziny jeden z użytkowników systemu wygrywa 50 bitcoinów, a z czasem liczba jednostek przydzielanych w „loterii” będzie stopniowo maleć. Ostatecznie do obrotu trafi 21 mln BTC i wtedy przestaną być one produkowane. Nastąpi to za ponad 100 lat.
Osoby, które dołączyły do systemu najwcześniej miały największe prawdopodobieństwo, że w wyniku losowania na ich konto trafi 50 nowych bitowych monet. Im więcej użytkowników, tym maleje prawdopodobieństwo wylosowania, ale również wzrasta wartość jednego BTC, a więc ci, którzy dołączyli do systemu wcześniej, nie tylko mają więcej wirtualnych pieniędzy, ale również notują ciągły wzrost ich wartości. Przy założeniu, że system nie upadnie, przyjmie się i będzie działał, jest to być może najbardziej dochodowa lokata o jakiej kiedykolwiek słyszeliśmy! To, co dziś sprzedaliśmy za 10 BTC, które spoczywają spokojnie w cyfrowym portfelu, za rok możemy kupić za kilkadziesiąt, a nawet kilkaset procent mniej! Żeby zobrazować to bardziej sugestywnie – w maju 2011 r. za 1 BTC trzeba było zapłacić ok. 25 zł. W tej chwili kosztuje on już ok. 38 zł.
Jak wspomniałem, bitcoin jest systemem zupełnie anonimowym i nie podlega żadnej kontroli urzędowej. W ten sposób jest bardzo łatwym narzędziem spekulacji. Bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, kiedy właściciel miliona BTC zakłada sobie 1000 anonimowych kont, z których wystawia 1 BTC po cenie np. 2000 zł, po czym wykonuje dziesiątki czy setki transakcji z samym sobą. Inni użytkownicy obserwujący rynek cyfrowej waluty myślą, że wartość rzeczywiście wzrasta i zawyżają rzeczywisty kurs. Wtedy spekulant sprzedaje swoje BTC po wyższej cenie, po czym dokonuje odwrotnego manewru – zarzuca rynek ofertami 1 BTC za 2 zł. Rynek panikuje, wszyscy chcą się pozbyć swoich bitcoinów, spekulant masowo skupuje BTC i w ten sposób pomnaża nie tylko zasobność cyfrowego portfela, ale również swojego konta bankowego kalkulującego w tradycyjnej walucie.
To jednak nie wszystko. Kontrowersje związane z nową walutą dotyczą również aspektów moralnych. Skoro nie ma żadnego nadzoru, użytkownicy są anonimowi, a każdy bitcoinowy miliarder może mieć dowolną ilość kont, to system może stać się idealnym narzędziem do prania brudnych pieniędzy. Nikt nie ma możliwości sprawdzić, czy przelewy nie trafiają np. do kolumbijskich handlarzy kokainą albo do terrorystów, którzy akurat szukają funduszy na spektakularny atak. Poza tym, choć w dzisiejszej rzeczywistości waluta wydaje się być stuprocentowo bezpieczna od strony informatycznej, to kto wie, czy np. za 10 lat hakerzy nie znajdą sposobu na obejście cyfrowych zabezpieczeń w taki sposób, aby dobrać się do bitowych oszczędności milionów użytkowników?
Warto spojrzeć na to wszystko na chłodno. System waluty opartej o P2P ma szansę utrzymać się, szczególnie jeśli poprze go któryś z informatycznych gigantów, takich jak Google. Jeśli tak się stanie osoby, które założyły swoje cyfrowe portfele, jako pierwsze w ciągu kilku lat dołączą do grona najbogatszych osób na świecie, a jeśli system zyska dużą popularność, a ilość jego użytkowników będzie przyrastać tak szybko jak dotąd, prawdopodobnie zbiją fortuny, o jakich nie śniło się Billowi Gatesowi i Warrenowi Buffetowi. Choć sam w sobie pomysł wydaje się być świeży i wielu widzi w nim krok w kierunku uzdrowienia systemu pieniężnego na świecie, w rzeczywistości wygląda jak idealne wręcz narzędzie służące czemuś niemal przeciwnemu – napompowaniu kolejnej bańki spekulacyjnej, tym razem być może kilku-, a nawet kilkunastokrotnie większej niż ta oparta o rynek nieruchomości, która spowodowała dzisiejszy kryzys. W pewnym momencie prawdopodobnie dojdzie do sytuacji, w której wszyscy będą chcieli zarabiać w BTC, a wydawać w dolarach, euro, jenach i złotówkach. Może okazać się, że w końcu zabraknie potencjalnych nabywców cyfrowej waluty, a wtedy balon pęknie z olbrzymim hukiem. Zanim to się stanie, wiele osób zarobi na BTC olbrzymie fortuny, ale czy osoby dołączające do systemu dziś znajdą się wśród nich? Czy ta piramida finansowa nowych czasów jest w stanie zagwarantować nam realny dochód? Niebawem dowiemy się tego wszyscy, ale zyskają lub stracą tylko ci odważni, którzy spróbują testować system na własnym portfelu.
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 11/2012 Eurogospodarki.

