Dlatego te kraje, którym nie udało się na początku dołączyć do eurolandu dwoiły się i troiły, by jak najszybciej zrezygnować z waluty narodowej i znaleźć się w kręgu elitarnych gospodarek europejskich. Ambicji takich nie wykazywała jednak Republika Czeska, zaś antyintegracyjne nastroje szczególnie wzmocniły się za prezydentury Vaclava Klausa i po objęciu władzy przez rząd Petra Nečasa.
Do przyjęcia euro Czechy są zobowiązane od momentu podpisania traktatu ateńskiego. Mimo to społeczeństwo od początku sceptycznie podchodziło do walutowej integracji. Dziś to zdystansowane nastawienie wykorzystują obecne przy władzy formacje prawicowe, które tylko podsycają nieufność społeczeństwa i coraz głośniej deklarują niechęć wobec wspólnego pieniądza. Na czele kampanii stoi obecny prezydent Vaclav Klaus, znany w całej Wspólnocie ze swojego eurosceptycyzmu. Korzystając z kryzysu gospodarczego i rozpaczliwych działań mających na celu uratowanie eurozony, donośnym głosem obwieszcza Staremu Kontynentowi, że Czesi nie oddadzą swojej tożsamości finansowej.
Czeska niechęć wobec euro intensyfikuje się szczególnie w ostatnich miesiącach. Głównym powodem jest sytuacja w strefie, która zagrożona destabilizacją greckiego budżetu praktycznie stoi na krawędzi przetrwania. W styczniu ubiegłego roku za wejściem do strefy euro opowiadało się zaledwie 22% Czechów. Jednak zdecydowanie taki ruch poparłoby zaledwie 6% ankietowanych. Co ciekawe, dwie trzecie Czechów było nie tyle przeciwnych przyjęciu euro, co raczej popierało stanowisko premiera Petra Nečasa, którego zdaniem, nasi południowi sąsiedzi nie powinni ustalać żadnego, nawet orientacyjnego terminu przyjęcia wspólnej waluty. Badania prowadzone na początku ubiegłego roku wśród Czechów wskazywały jasno, że większość naszych sąsiadów czuje przede wszystkim strach, że wprowadzenie wspólnej waluty spowoduje natychmiastowe podwyżki. Wśród obaw wymieniali również groźbę utraty kontroli nad rodzimą walutą, brak stabilności strefy euro oraz możliwość wykluczenia niektórych państw ze wspólnej polityki monetarnej w następstwie ich zadłużenia. Ze świecą szukać pozytywnego nastawienia wśród Czechów. Zaledwie jedna trzecia z nich była przekonana, że euro mogłoby pomóc czeskiej gospodarce lub zmusić rząd w Pradze do większej dyscypliny budżetowej.
Vaclav Klaus znajduje się w podwójnie komfortowej sytuacji. Po pierwsze, nie jest prezydentem wybranym przez naród a przez parlament, dlatego ma większą swobodę wypowiadania swoich opinii na forum zarówno krajowym, jak i międzynarodowym. Po drugie, jego władza jest dość mocno ograniczona, dlatego nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za to co mówi i do czego nawołuje. Jego twarde i radykalne stanowisko jest niewątpliwym wsparciem dla gabinetu Petra Nečasa, który musi działać w sposób bardziej wyważony i stonowany. Jednak może się okazać, że wcale nie chodzi ani o euro, ani o suwerenność.
Obecny gabinet jest jednym z najgorzej ocenianych w historii wolnych Czech. Administrację trawi korupcja, a media co chwilę donoszą o nowych aferach łapówkowych. Przez kolejne ministerstwa przetaczają się fale aresztowań i zatrzymań. Od wiosny ub. r. zdymisjonowano dziewięciu ministrów. Trudno więc nie ulec wrażeniu, że euro stało się zakładnikiem nieudolnych rządów. Te zaś, wykorzystując strach społeczeństwa wykreowały nowe zagrożenie, które skutecznie odciąga uwagę od tego, co dzieje się wewnątrz czeskiego podwórka.
TOMASZ DAWID JĘDRUCHÓW
Cały artykuł w numerze 2/2012 Eurogospodarki.

