Umowa zlecenia, nazywana „umową-zlecenie”, stawia pracodawcę w uprzywilejowanej sytuacji i zwalnia go z dużej części obowiązków, które niesie dla niego umowa o pracę. Różnica polega przede wszystkim na tym, że podstawą nawiązania umowy-zlecenia jest Kodeks Cywilny, nie natomiast, jak w przypadku umowy o pracę – Kodeks Pracy. Co to oznacza? Zleceniobiorca traci w ten sposób tzw. uprawnienia pracownicze zapisane w Kodeksie Pracy.
Osoby zatrudnione na podstawie obydwu wymienionych umów mogą również spodziewać się sporych problemów, jeżeli chodzi o składki emerytalne. Pracownik, który sam nie zacząłby odkładać pieniędzy przy zatrudnieniu na podstawie Kodeksu Cywilnego, potem mógłby spotkać się z gorzkim rozczarowaniem. Kwestia składek od umowy-zlecenia i umowy o dzieło stała się jednym z tematów ostatniej kampanii wyborczej, ale do dziś kwestia tego, kto miałby odprowadzać składki (zleceniobiorca czy zleceniodawca), nie została ostatecznie rozstrzygnięta, a sprawa tkwi w martwym punkcie.
Pierwotnie umowy cywilnoprawne były przygotowane przede wszystkim dla osób wykonujących wolne zawody i potrzebujących większej elastyczności swoich umów. Dzięki temu np. dziennikarze mieli możliwość wykonywania zleceń dla różnych redakcji, jednocześnie nie pozostając związanymi sztywnymi godzinami pracy. W przypadku takich osób umowa-zlecenie była czymś nad wyraz korzystnym. Niestety, rynek pracy dostrzegł w możliwości zatrudniania osób w ten sposób swoją szansę na oszczędność. Umowy cywilnoprawne faktycznie przysłużyły się zmniejszeniu bezrobocia, ale nie dało się uniknąć wysokich kosztów…
Według oficjalnych danych, dzięki „zleceniu” w Polsce znajdują zatrudnienie przede wszystkim kobiety, osoby młode oraz po 45. roku życia. Takie statystyki dla wielu są jednoznaczne – „umowy śmieciowe” stały się narzędziem dyskryminacji na rynku pracy. Choć apologeci równouprawnienia w wielu przypadkach popadają w przesadę, to w tym ciężko nie przyznać im racji. Nie ma natomiast żadnych statystyk wskazujących na to, ile osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych de facto jest wprowadzonych w błąd i zwyczajnie wykorzystywanych przez pracodawców. Eksperci rynku pracy uczulają przede wszystkim na sytuacje, w których zleceniodawca sztywno ustala godziny pracy (np. 8–16), bo nie ma żadnej podstawy prawnej gwarantującej mu taką możliwość. Stałe godziny pracy powinny nieść ze sobą uprawnienia pracownicze, tych natomiast są oni pozbawieni. W sytuacji, kiedy umowami cywilnoprawnymi jest związanych już ponad 800 tys. Polaków (a liczba stale rośnie), otwarte pozostaje pytanie: kto dostanie zlecenie na rozwiązanie tego niewygodnego problemu?
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 2/2012 Eurogospodarki.

