Prawie sto istniejących w Polsce zbiorników zaporowych to wciąż kropla w morzu potrzeb. Gdyby wybudowano ich więcej, z całą pewnością ponure żniwo zeszłorocznej powodzi byłoby mniejsze, a tysiące rodzin z zalanych terenów uniknęłoby koszmaru, który zgotowały im na przełomie maja i czerwca 2010 r. wezbrane wody polskich rzek. Jak pokazuje historia kilkudziesięciu ostatnich lat, umiejętność uczenia się na własnych błędach nie należy do naszych narodowych zalet. Wspominając zeszłoroczny kataklizm, który pochłonął ponad 20 istnień ludzkich i przyniósł straty materialne przekraczające 12 mld zł, aż dziw bierze, że budowa nowych zbiorników zaporowych w Polsce prowadzona jest w iście żółwim tempie.
Mimo że wszystkie argumenty przemawiają za tym, aby budować kolejne zbiorniki zaporowe, to tempo prowadzonych prac jest katastrofalnie słabe. Wystarczy wspomnieć, że budowa powstającego na Skawie zbiornika Świnna Poręba trwa już 25 lat (pierwsze prace rozpoczęły się w 1986 r.) i ten, kto wskaże przybliżoną datę jego ukończenia, mógłby bez większej przesady zostać nazwany współczesnym Nostradamusem.
W sytuacji, gdy w państwowej kasie ciągle brak pieniędzy, a niedoskonałe prawo i pogmatwane procedury dodatkowo wydłużają proces powstawania zbiorników zaporowych, pozostaje nadzieja, że w najbliższym czasie natura oszczędzi nam równie obfitych opadów jak przed rokiem.
DANUTA KUŚ
Cały artykuł w numerze 6/2011 Eurogospodarki.

