Minister MSWiA Adam Rapacki rozważa zniesienie prawa do tzw. użytku własnego. To jedna z ważniejszych instytucji prawa autorskiego. – Jak zatem będziemy przeglądać strony internetowe? – pyta Piotr Waglowski, prawnik i autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet.
– Bo przecież fakt, że możemy to dziś robić, oparty jest właśnie na zasadach dozwolonego użytku. Czy czytanie dzieciom, które również odbywa się w ramach przepisów o dozwolonym użytku osobistym, także będzie karalne? A śpiewanie przy ognisku? – mnoży przykłady. Aster już ostrzega swoich klientów, którzy pobierają z sieci pliki z naruszeniem praw autorskich, o zablokowaniu im tej funkcji.
Czerwone maki
Polski rząd chętnie powołuje się na przykład Francji, która wprowadziła ostatnio jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie ustaw chroniących twórców czy też karzących piratów. Tymczasem nie obyło się tam bez wpadki: PR-owcy prezydenta Sarkozy’ego wykorzystali 52-minutowy film dokumentalny „A visage découvert: Nicolas Sarkozy”, który miał trafić do ambasadorów podczas konferencji w Paryżu. Producent filmu dostarczył im 50 kopii obrazu na płytach DVD, a oni własnym sumptem, bez zgody producenta, wyprodukowali 400 kopii. Przy okazji wypalania płyt zmieniono ich okładki, zniknęły też nazwa i logo producenta.
Nie trzeba daleko szukać, by podać przykłady kolejnych wpadek: na święto 11 Listopada na stronie prezydenckiej zamieszczono pliki MP3 z pieśniami patriotycznymi do pobrania. Także Komenda Stołeczna Policji na swojej stronie udostępniła do ściągnięcia pliki z kolędami w wykonaniu swojego chóru. W pierwszym przypadku szkopuł tkwił w tym, że umowę z dostawcą zawarło Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, które nie ma osobowości prawnej, a faktura była na Kancelarię Prezydenta. Zgoda ZAIKS-u na udostępnianie utworów w internecie nie wskazywała, o które utwory chodziło (w żadnej z umów te utwory nie były wymienione). Ponadto umowa zawarta przez BBN opiewa na tę właśnie instytucję, a pliki udostępniane były na stronie internetowej www.prezydent.pl, a potem na serwerze firmy obsługującej stronę prezydenta. Chór Komendy Stołecznej Policji zaśpiewał kolędy, które nagrano i udostępniono na policyjnych stronach.
– Moje wątpliwości budzą prawa do wykorzystania utworu „Niemowlątko na słomie”. Nigdzie nie odnotowano, że autorką tekstu jest Elżbieta Szeptyńska – mówi Piotr Waglowski i dodaje: – Jeśli nie ma umów, jeśli nie wiadomo, kto jest producentem fonogramów, a fonogramy nie powstały w wyniku obowiązków pracowniczych funkcjonariuszy Policji, to czy legalne jest pobieranie takich plików z internetu w ramach dozwolonego użytku osobistego? BBN twierdzi, że jest legalne. Ale sprawa nie jest czysta: przecież prawa autorskie do „Czerwonych maków” wygasną dopiero w 2070 r., a Kancelaria Prezydenta nie uzyskała licencji na rozpowszechnianie nagrań – tłumaczy.
Pamiętamy także o kilku przypadkach bezprawnego wykorzystywania czyichś utworów w kampaniach wyborczych. – I co mają zrobić prości ludzie, skoro sami twórcy prawa gubią się w tym wszystkim? – podsumowuje Karol Sarnacki, programista z firmy ActiveWeb.
Nie głodzić artystów
Zamiast straszyć, warto poszukać legalnych metod tańszego pozyskiwania oprogramowań, plików filmowych czy muzycznych. Karol Sarnacki nie przekreślałby do końca działania sieci typu torrent. – Pozwalają one również na udostępnianie legalnych treści. Dobrze wiedzieć, że peer-to-peer to tylko sposób wymiany plików między użytkownikami internetu – mówi i dodaje, że wrzucanie tam przez niektórych nielegalnych materiałów to już inna kwestia. Sieć taka polega na tym, że duży plik do ściągnięcia (np. film) jest rozproszony w sieci złożonej z wielu zwykłych użytkowników (czyli nas), w której każdy jednocześnie udostępnia i ściąga po małym fragmencie takiego dużego pliku. I tak, kawałek po kawałeczku, ściąga się cały plik. – Wielu ludzi widzi w takiej metodzie udostępniania plików przyszłość dystrybucji mediów – tłumaczy. – Gdyby np. filmy czy muzyka były dystrybuowane w ten właśnie sposób, nawet za opłatą 10 czy 20 zł, wielu ludzi nie pobierałoby „piratów”. Niestety, wielkim wytwórniom się to po prostu nie opłaca – wówczas mniej (albo wcale) pieniędzy trafiałoby do ich kieszeni, a więcej do kieszeni artystów. A wiadomo: artysta głodny jest o wiele bardziej płodny. Dlatego te wytwórnie z taką zaciekłością walczą z sieciami peer-to-peer.
Być może oprócz uświadamiania społeczeństwa warto również uświadomić twórców i artystów, by przekonali swoje wytwórnie do przestawienia się na nowocześniejsze formy dystrybucji – czyli zrezygnowały z płyt CD na rzecz pliku do pobrania z internetu po niższej cenie. – Już teraz jest wiele miejsc w sieci, gdzie za 1 dol. Można legalnie pobrać piosenkę – podkreśla Karol Sarnacki.
Także w przypadku oprogramowań komputerowych są szanse na tańsze rozwiązania. Wiele firm ma dla uczniów i studentów specjalne oferty, dzięki którym mogą za wiele niższą cenę używać ich programów czy ich „obciętych” wersji. – Mamy w ofercie licencje dla jednostek edukacyjnych – mówi Edyta Miros z działu handlowo-licencyjnego Microsoft. – Są to podstawowe oraz bardziej zaawansowane programy dla studentów, uczniów, nauczycieli, kadry administracyjnej, także do użytku domowego. W zależności od liczby sztuk i rodzaju produktu nasza oferta pozwala na zaoszczędzenie połowy ceny sklepowej.
Oprogramowanie second hand
Szansą dla firm jest kupowanie licencji na używane oprogramowanie. Pozwala to na oszczędności rzędu 20-50 proc. Handel oprogramowaniem używanym opiera się prawnie na obowiązującej na terenie UE zasadzie wyczerpania prawa autorskiego. Zgodnie z nią prawo producenta oprogramowania do rozpowszechniania wyczerpuje się w momencie, gdy produkt ten, np. oprogramowanie komputerowe, zostaje po raz pierwszy wprowadzony do obrotu i zakupiony przez pierwszego nabywcę. Tak więc prywatnie mogę odkupić licencję od kolegi, który już nie używa danego oprogramowania, pod warunkiem że on je ze swojego komputera usunie. Dobrze jest, by sprzedający złożył oświadczenie, że był prawnym właścicielem przenoszonych licencji i usunął wszelkie kopie sprzedanych licencji oraz, że nie będzie ich w przyszłości używać. To oświadczenie powinno być uwierzytelnione przez notariusza. Jest to także ratunek dla firm, które zatrudniają nowych pracowników, mają już oprogramowanie i tylko potrzebują dodatkowych licencji.
– Odkupujemy je z zawsze sprawdzonych źródeł – mówi Peter Schneider z niemieckiej firmy usedSoft, dystrybutora używanego oprogramowania. – Gdy przedsiębiorstwo zmienia swoje oprogramowanie na nowszą wersję, prawa użytkowe do poprzedniej wersji nie są już wykorzystywane. Podobna sytuacja powstaje w przypadku restrukturyzacji lub redukcji miejsc pracy. Poprzez sprzedaż licencji przedsiębiorstwa te mogą upłynnić zainwestowany uprzednio kapitał. Drugi kupujący otrzymuje więc dokładnie ten sam produkt co pierwszy właściciel – tylko po znacznie niższej cenie. Kupują je różne przedsiębiorstwa: i mała agencja reklamowa, i średniej wielkości przedsiębiorstwo przemysłowe, i administracja miejska.
W działaniach rządu, zmierzającego do zaostrzenia karania piractwa, zamiast upowszechniania metod legalnego pozyskiwania plików i oprogramowań, nietrudno zwietrzyć presję organizacji czerpiących zyski z wykorzystania praw majątkowych. Ciekawe, jak politycy z tego wybrną, bo z jednej strony chcieliby się przypodobać przedstawicielom branży kultury, a z drugiej chcieliby z pewnością uniknąć niechęci internautów. W roku wyborczym chciałoby się przypodobać wszystkim. Na razie się na to nie zanosi.
TADEUSZ SOKOCIK
źrodło: Eurogospodarka 5/2010

