Co więcej, kilka tygodni temu przez Sejm, praktycznie bez udziału opinii publicznej i konsultacji społecznych, przeszła nowelizacja ustaw o przeciwdziałaniu epidemiom i o inspekcji sanitarnej.
Lektura dokumentów prowadzi do bardzo niepokojących wniosków. Według nowego brzmienia ustaw, obowiązek szczepień przeciw chorobom zakaźnym przestał dotyczyć tylko dzieci. Od ich wejścia w życie obejmuje wszystkich obywateli, a także osoby przebywające na terenie kraju. Co więcej, Państwowa Inspekcja Sanitarna otrzymała wiele uprawnień, które sprawiają, że popularny SANEPID staje się instytucją działającą niemalże ponad prawem i takie określenie wcale nie jest przesadą. Według ustawy, SANEPID ma prawo używać przemocy fizycznej w sytuacji zagrożenia skażeniem, epidemią czy rozprzestrzenianiem chorób zakaźnych, a warto wiedzieć, że ustawa zmienia również samą definicję „choroby zakaźnej”. Od teraz jest to „choroba wywołana przez biologiczny czynnik chorobotwórczy”, co daje większe pole do popisu służb sanitarnych. Brzmi irracjonalne? To jeszcze nie wszystko.
Dotąd ogłoszenie wybuchu epidemii leżało w wyłącznej kompetencji ministra zdrowia. Od wejścia w życie ustawy decyzję taką ma prawo podjąć Główny Inspektor Sanitarny, jemu z kolei odpowiednie polecenie mogą wydawać unijne ośrodki zajmujące się bezpieczeństwem epidemiologicznym. W ten sposób ów minister staje się jedynie płatnikiem odpowiednich należności z tytułu zakupu szczepionek, a kontrola działania SANEPID-u nie należy już ani do polskiego rządu, ani tym bardziej do obywateli. Nawet finansowanie jednostki przechodzi na zobowiązany do ich opłacania budżet województw.
Wracając do możliwości użycia siły w celu przymusowego szczepienia – procedura została maksymalnie uproszczona. Wystarczy oficjalna decyzja lekarza, bez wyroku sądu ani jakiegokolwiek udziału policji, aby SANEPID mógł zmusić nas do przyjęcia szczepienia. Jeszcze większy zakres możliwości otrzymuje inspekcja w sytuacji tzw. postępowania epidemicznego, kiedy jej uprawnienia pozwalają na w pełni legalne używanie siły, inwigilację poczty, połączeń telefonicznych czy e-maili bez żadnego nadzoru instytucji krajowych. Co nie mniej niepokojące, pełnemu utajnieniu podlegają dane dotyczące zachorowań.
Dotąd obowiązek przechowywanie informacji spadał na szpitale, kliniki i ośrodki zdrowia. Odtąd wszystkie informacje będą przechowywane przez system Sentinel, którego wyłącznym dysponentem jest SANEPID. Oficjalnie mówi się nawet, że dostęp do danych będzie możliwy tylko dla podmiotów mających umowę z systemem Sentinel, a dostęp będzie odpłatny. Choć brzmi to jak zawiązanie fabuły średniej klasy filmu science fiction, to w pierwszym głosowaniu w Sejmie wszystkie kluby parlamentarne poparły projekt, a jedyny głos przeciwny należał do Marka Sawickiego z PSL-u. Pomimo licznych sprzeciwów, listów protestacyjnych oraz interwencji autorytetów z dziedziny medycyny, projekt przeszedł przez komisje, Senat i 26 lipca został podpisany przez prezydenta RP.
Choć w ostatnim czasie stosunek mediów do szczepionek zaczął ulegać nieznacznej zmianie, to jeszcze niedawno „ruch antyszczepionkowy” przedstawiano, poddając w wątpliwość zdrowy rozsądek „nieodpowiedzialnych rodziców”. Jak się okazuje, wybitni naukowcy, również polscy, wyraźnie opowiadają się nad zdecydowanie większym nadzorem nad obowiązkowymi szczepieniami.
Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie szczepionki muszą być złe. Problemem jest fakt, że większość z nich nie jest w odpowiedni sposób przetestowana nie tylko długo-, ale nawet krótkoterminowo. Nie wspominam już o fakcie, że obowiązek szczepień i siłowe przymuszanie do ich przyjęcia są niezgodne z prawami człowieka i łamią praktycznie każdą zasadę wolnego państwa prawa. Nielogiczne wydaje się szczepienie przeciwko takim chorobom jak różyczka, odra, koklusz czy żółtaczka typu B, które od wielu lat są w pełni wyleczalne, a ich zagrożenie dla życia jest absolutnie minimalne. Powikłania po tych chorobach, a przede wszystkim stopień zachorowalności, są na tyle małe, że ciężko znaleźć logiczne uzasadnienie szczepienia wszystkich obywateli, tym bardziej, że jak się okazuje większym ryzykiem jest szczepienie niż choroba, której ma zapobiegać. Można byłoby to jeszcze ostatecznie usprawiedliwić, gdyby szczepionki były udzielane oddzielnie, ale wciąż powszechne jest szczepienie łączone – trój- lub pięcioskładnikowe. Po wycofaniu szczepień siedmioskładnikowych z powodu zwiększenia ilości przypadków śmierci łóżeczkowej, nadal wykonuje się szczepienia wieloskładnikowe, którym stawia się dokładnie te same zarzuty! Zawarty w takich szczepionkach thimerosal jest niezwykle szkodliwy dla rozwijającego się mózgu niemowląt i może powodować liczne upośledzenia neurologiczne, a podawanie go niemowlętom wielu lekarzy określa jako karygodne. Niewiele zmienia jednak fakt szczepienia w wieku 3-6 miesięcy, kiedy dziecko jest na tyle małe, że nie da się właściwie określić, czy późniejsze problemy zdrowotne czy upośledzenia są następstwem szczepionki.
Niemiecki profesor Wolf-Alexander Meinhorn wśród potencjalnych następstw szczepień u wielu dzieci wymienia nie tylko epilepsję, schorzenia układu immunologicznego czy nerwowego, ale także alergie, nadpobudliwość czy problemy w nauce. Lekarze przy szczepieniu dziecka poinformują o możliwym zaczerwienieniu czy opuchliźnie w miejscu ukłucia, ale nie o takich powikłaniach ujawniających się po wielu latach. W świetle nowej ustawy nawet jeżeli to zrobią, nic to nie zmieni, bo jeśli się nie zgodzimy, zostaniemy przymuszeni do jej przyjęcia. Miejmy nadzieję, że potwierdzi się przypadek wielu polskich przepisów prawnych, które funkcjonują w prawniczych podręczników, ale nie w życiu codziennym.
LEON MEDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 11/2012 Eurogospodarki.

