Niedawna afera solna stała się nie tylko kolejnym przyczynkiem do krytyki polskich artykułów spożywczych, lecz także pretekstem do załatwiania partykularnych interesów zarówno polityków, jak i przedsiębiorców prywatnych. Tymczasem Czesi, którzy tak bardzo interesują się jakością naszych produktów, własnoręcznie wkładają do koszyków przeterminowane jedzenie, a co ważniejsze – robią to w pełni świadomie. Czy więc ich krytyka wynika z troski o własne zdrowie czy raczej o swoją kieszeń?
Problem wrócił ze zdwojoną siłą w chwili, gdy polska strona oświadczyła, że lista firm, które przy wytwarzaniu swoich produktów używały soli wypadowej, pozostanie tajna. Taka decyzja tylko rozsierdziła Czechów, którzy coraz mocniej zaczęli domagać się jawności tych danych. I choć w Polsce o aferze solnej już dawno wszyscy zapomnieli, czeski minister rolnictwa, Petr Bendl, nagle w maju dostrzegł zagrożenie dla zdrowia swoich obywateli i uznał, że potrzebna jest interwencja Komisji Europejskiej. W związku z tym zwrócił się do niej z wnioskiem o zakazanie eksportu polskiej żywności. Na przełomie maja i czerwca sprawa wciąż czekała na decyzję komisji.
Jednak żadne argumenty i przekonywania nie mogą odwrócić uwagi od faktu, że ministrowi Bendlowi wcale nie chodzi o bezpieczeństwo Czechów, ale o polityczne korzyści z zaistniałej sytuacji. Jak jednak ma się polska sól do ministerialnego stołka?
Ostatnie miesiące nie są najlepszym czasem dla czeskiego rządu. Od dłuższego czasu gabinet targany jest kolejnymi dymisjami i niezliczonymi aferami korupcyjnymi. Po rozpadzie
koalicji w parlamencie dochodzi do kuriozalnych sytuacji, gdy aresztowani politycy w kajdankach są dowożeni na salę posiedzeń, by tam mogli wygłosić swoje poselskie wystąpienia.
Również samo Ministerstwo Rolnictwa nie ma najlepszych notowań. Szczególnie źle oceniana jest praca ministra Petra Bendla, po tym jak podjął decyzję o zmianie zasad refundowania paliwa rolniczego. Spotkało się to z gwałtownymi protestami, a rolnicze blokady sparaliżowały prawie cały kraj.
Polska afera solna trafiła się czeskiemu rządowi jak ślepej kurze ziarno. Dziś nikt już nie pamięta słów Jana Žáčka, który zapewniał, że nie ma zagrożenia ze strony polskiej żywności, za to każdy podchwytuje antypolską propagandę i znajduje kolejny powód do tego, by krytykować jakość naszej żywności. Przyklaskują temu również miejscowi producenci żywności, którzy są świadomi faktu, że polskie towary od lat zdobywają coraz większą część czeskiego rynku.
Tym razem polska jakość może się nie obronić i przegra nie z wyższym standardem, ale z polityką, uprzedzeniami i zwykłą zazdrością.
TOMASZ DAWID JĘDRUCHÓW korespondent z Czech
Cały artykuł w numerze 7/2012 Eurogospodarki.

