Skąd pomysł na pracę w roli opiekunki? Co panią do tego zmusiło?
– Nie jestem zawodową pielęgniarką, ale miałam doświadczenie opiekuńcze. Jedno z moich rodziców bardzo długo chorowało i wymagało bezustannej opieki, z wymianą skomplikowanych opatrunków włącznie. Wiedziałam, w co wchodzę, co mnie czeka, gdy się takiej pracy podejmę. Tonący brzytwy się chwyta, a finansowo tonęłam. Skończyło się prawo do zasiłku dla bezrobotnych, a moje finansowe rezerwy były skąpe. Z nich przez jakiś czas sama opłacałam ZUS, udając zatrudnioną w pewnej małej firmie. Nie mogłam sobie pozwolić np. na brak prawa do opieki zdrowotnej. Z tej m.in. przyczyny nie chciałam podejmować pracy za granicą na czarno. Okazało się, że można jednak wszystko sobie załatwić oficjalnie, i to pomimo braku otwarcia dla Polaków rynku pracy w Niemczech.
Jakie warunki trzeba było spełnić, aby taką pracę dostać?
– Były dwa. Zdrowie i dobra znajomość języka niemieckiego. Ja miałam tę przewagę nad innymi kandydatkami, że pochodzę z mieszanego małżeństwa polsko-niemieckiego. Osoba egzaminująca była tak zachwycona znajomością języka, że obiecała wyższą niż dla innych stawkę – nawet 1200 euro miesięcznie. W praktyce wyszło, że otrzymywałam trochę ponad 900 euro, a ZUS opłacano od najniższej stawki wynagrodzenia w Polsce.
Jak wyglądała współpraca z rodzinami podopiecznych?
– Niemcy są raczej ludźmi zamkniętymi. Niektóre pobyty i nieliczne rodziny wspominam sympatycznie, inne mniej. Od pewnej rodziny otrzymałam na koniec piękny prezent. W innym domu przyznałam się do dnia urodzin i wręczono mi urodzinowe 100 euro. A towarzyskie kontakty udało mi się nawiązać z sąsiadką mojej podopiecznej. Były to tzw. kontakty przez płot, ale dzieliłyśmy się troskami, wiedziałyśmy dużo o sobie. Najmniej sympatyczny był pewien pan na wózku, który zabraniał mi nawet ścierać kurze, bo zaszkodzę jego „skarbom”.
Jakich rad udzieliłaby pani osobom wyjeżdżającym do pracy w Niemczech?
– Po pierwsze, niech nie podejmują pracy na czarno. Drobny wypadek i wszystko się wali. Ponadto tam są prawdziwe kontrole ze związków zawodowych czy nawet z urzędu celnego, a społeczeństwo czuje się w obowiązku donosić policji czy urzędnikowi, gdy zauważy coś nieprawidłowego. Grozi wówczas nie tylko deportacja, ale nawet odebranie zarobionych pieniędzy. Chętnym na wyjazd radzę, żeby nauczyli się dobrze języka niemieckiego. Ważniejszy jest ten w mowie. Wypełniać „kwity” musiałam tylko w jednym przypadku, a mówić i rozumieć trzeba zawsze. Wyjeżdżając, starajmy się sprawdzić firmę, która organizuje taki wyjazd, i dobrze przeanalizować umowę. Mogą pojawić się naciągacze. Bardzo droga siedziba firmy wysyłającej oznacza, że zapłaci ona proporcjonalnie mniej od tej mniej reprezentacyjnej. Mam nadzieję, że po otwarciu granic tzw. firmowy haracz będzie niższy. Z tym, co na ZUS, doliczają sobie sto procent do tego, co otrzymujemy na rękę.
Dziękuję za rozmowę.
JERZY GMURCZYK
Cała rozmowa w numerze 5/2011 Eurogospodarki.

