Czy słusznie? Nie do końca. Jak się okazuje, zdecydowaną większość nowych pieniędzy w obiegu światowym tworzą banki. Od wielu lat znakomici ekonomiści, znani na całym świecie politycy, a nawet sami bankierzy otwarcie mówią o tym, że podstawy funkcjonującego systemu pieniężnego są błędne i działają na korzyść świata finansistów, jednocześnie obciążając osoby, które pracują najwydajniej. W rzeczywistości większość pieniędzy powstających na świecie to nic innego, jak… nasze zobowiązania kredytowe. Bank, udzielając pożyczki prywatnemu przedsiębiorcy czy nawet osobie prywatnej, nie sięga do swoich oszczędności, lecz tworzy zupełnie nowe pieniądze, na co pozwala mu powszechnie przyjęta na świecie praktyka finansowa, która sprawia, że utworzone pieniądze na konto banku będzie musiał wpłacić kredytobiorca. Skoro jednak Woodrow Wilson czy nawet członkowie łączonej z bankowością rodziny Rothschildów twierdzili, że błędne w całym systemie są podstawy. Od nich więc zacznijmy.
Pieniądz jako wartość
Powszechnie wiadomo, że system pieniężny/płatności powstał poprzez przekonanie, że przedmioty, które się posiada (czy było to złoto, czy cokolwiek innego, uznanego za cenne) można z łatwością zamienić na jakąś inną wartość, taką jak np. żywność. Cywilizacje stopniowo uczyły się standaryzować kruszce poprzez bicie monet. Działanie systemu przeważnie musi się zmienić, kiedy zostanie przekroczona skala jego możliwości. Ludzie, którzy potrafili przez swoją przedsiębiorczość zgromadzić więcej monet niż inni, nie chcieli trzymać ich przy sobie i potrzebowali skarbca, czy to tego u złotnika, czy u władcy. Na zdeponowane złoto wypisywano kwit, który wraz z oficjalną pieczęcią właściciela skarbca stanowił poręczenie, że w każdej chwili za okazaniem kwitu właściciel może odebrać swoje złoto w postaci worków z monetami.
W pewnym momencie dziejowych przemian właściciele skarbców zaobserwowali też, że osoby deponujące monety bardzo rzadko pojawiają się, by je ponownie wypłacić, dlatego, że sam kwit – choćby przez to, że jest wygodniejszy – funkcjonuje jako środek płatniczy i to za niego, a już nie za złote monety można nabyć wartość. Depozytariusze pojawiali się rzadko i nigdy nie przychodzili wszyscy na raz, co podsunęło też pomysł, aby zacząć pożyczać nie tylko swoje oszczędności, ale również wystawiać kwity pod zastaw złota osób deponujących swoje pieniądze w jego skarbcu. Kiedy bogactwo osoby, którą z dzisiejszej perspektywy możemy już śmiało określać bankierem, zaczęło rosnąć, wzrosła też podejrzliwość depozytariuszy, którzy coraz częściej publicznie grozili wycofaniem złota ze skarbca. Sytuację pozornej katastrofy systemu odwrócono jednak do góry nogami, a depozytariusze zamiast niszczyć system, umocnili go, godząc się, aby wystawiać kwity na ich złoto w zamian za ich udział w zyskach. W ten sposób bankierzy doprowadzili do sytuacji, w której musieli dzielić się swoim dochodem i większa część z nich posunęła się do bardziej śmiałego rozwiązania – zaczęła wydawać kwity pod zastaw złota… które nigdy nie istniało, w ten sposób samemu tworząc nowe pieniądze! Rozwiązanie to nawet na pierwszy rzut oka wydaje się nieuczciwe, ale głębsze zainteresowanie doprowadza do wniosku, że ta nieuczciwość funkcjonuje także w XXI w.!
Uprawomocnienie błędu
System oparty na takim mechanizmie sprawdzał się we wszystkich sytuacjach oprócz jednej, która nie zdarzała się często. Tzw. najazd na bank, czyli jednoczesne zgłoszenie się depozytariuszy po to, by wybrać swoje złoto, kompromitował system bankowy, wzbudzał nieufność właścicieli majątku, ale koniec końców wszystko zawsze wracało do tej samej zasady, a ludzie wciąż nie mogli uwierzyć, że „powstawanie” pieniądza jest tak oczywiste, proste i… niesprawiedliwe.
W sytuacji, kiedy najazd na bank kompromitował system, prawodawcy, szczególnie ci, którzy kolonizowali nowe rejony globu, nie zakazywali jednak tworzenia fikcyjnych pieniędzy. Przeciwnie – zaczęli wykorzystywać to do własnych celów i wzmacniać system. Powstawały banki centralne – jednostki prowadzone przeważnie przez państwo i ściśle współpracujące z bankierami, a w sytuacji ponownego najazdu ratujące banki zastrzykami złota, które pozwalało systemowi trwać. Teraz, aby skompromitować system bankowy, potrzeba byłoby jednoczesnego „najazdu” na większość banków należących do sieci, w której środku znajdowałby się Bank Centralny. Bankierzy zgodzili się, co prawda, trzymać się limitów tworzenia nowych pieniędzy, ale wskaźnik, według którego system funkcjonował wynosił 9 „nowych” dolarów na jednego faktycznie posiadanego z pokryciem
w złocie.
Wiek XX
W 1913 r. prezydent Woodrow Wilson podpisał dokument znany jako Akt Rezerwy Federalnej, który na dobrą sprawę oddał kreowanie wartości dolara w ręce banków. Wilson w swoich późniejszych publikacjach pisał: „Jestem najbardziej nieszczęśliwym z ludzi. Niechcący zrujnowałem swój kraj. Kraj wielkiego przemysłu jest kontrolowany przez swój system kredytowy”. Po podpisaniu ww. aktu powstał FED – centralny bank, który generuje pieniądze, każdego dolara obarczając długiem, który od tamtej pory nieustannie rośnie – wedle absurdalnych rozwiązań: im więcej długu, tym więcej pieniędzy! Od r. 1914 do r. 1919 ilość dolarów znajdujących się w obrocie zwiększyła się o 100%, co znaczy, że dolar był już pieniądzem fiducjarnym – niemającym pokrycia w złocie. Co ciekawe, w ramach ciągle rosnącej presji zarówno wewnątrz kraju, jak i z zewnątrz rosło ciśnienie na szybkie zwiększenie zapasów złotego kruszcu.
W 1944 r. nawiązano tzw. porozumienie z Bretton Woods, którego zadaniem było ustanowienie nowego ładu finansowego, ponieważ poprzedni upadł w wyniku II wojny światowej. Do New Hapshire przyjechało blisko 730 delegatów ze wszystkich państw alianckich. Znalazło się miejsce dla guru interwencjonistów – Johna Maynarda Keynesa, delegata polskiego rządu w Londynie i dla nieoficjalnych spotkań pomiędzy Winstonem Churchillem i Franklinem Delano Rooseveltem, na którym de facto podejmowano najbardziej kluczowe decyzje. System z Bretton Woods wprowadził rozwiązania, dzięki którym dolar amerykański jednoznacznie urastał do rangi najsilniejszej waluty światowej. Został niekwestionowanym liderem wśród powszechnie uznawanych na całym świecie walut transakcyjnych. Nie licząc szwajcarskiego franka, jedynie dolar był wówczas walutą oficjalnie respektującą standard kruszcowy. Wynosił on 1/30 uncji złota. Dziś brzmi to zabawnie, kiedy zdamy sobie sprawę z faktu, że uncja złota kosztuje powyżej 1500 dol.
System z Bretton Woods funkcjonował według prostego mechanizmu – dolar amerykański odnosił się do złota, a inne waluty odnosiły się do dolara, nie zawsze wiedząc, że ilość emitowanych dolarów jest znacznie większa niż ilość zgromadzonych w USA uncji złota, a gwarancja wypłacalności złota była jak robienie dobrej miny do złej gry, którą zdemaskować mogłaby jednak tylko jednoczesna chęć zamiany dolarów na złoto przez znaczną część Amerykanów.
System funkcjonował do lat 70., ale jego korozja dała o sobie znać nawet wcześniej. Kiedy powojenna industrializacja zaczęła wyraźnie mnożyć sumy importu ropy naftowej, pojawił się pewien kłopot. Eksporterzy ropy w wyniku gigantycznego wzrostu ilości i wysokości transakcji z różnych stron świata zaczęli gromadzić astronomiczne sumy amerykańskich dolarów. Gdyby np. zażądali wymiany całego swojego kapitału na złoto, mogliby nawet skompromitować cały porządek finansowy, według którego przez lata funkcjonował świat! Podobne ryzyko pojawiło się na przełomie lat 60. i 70., kiedy to kilka państw europejskich zagroziło, że zażąda wymiany wszystkich posiadanych przez siebie dolarów na złoto. Coraz częstsze w USA stały się utyskiwania dotyczące tego, że Stany muszą zaradzić coś na zwiększający się problem dostarczania na rynek kolejnych, coraz to większych, ilości złota. W końcu w 1971 roku prezydent Richard Nixon oświadczył, że Stany Zjednoczone występują z układu w Bretton Woods, a przeliczenie dolara na określoną ilość kruszcu zostało zniesione. Jest to wydarzenie hiArchiwumczne w skali całej cywilizacji, gdyż była to pierwsza w całej historii sytuacja, kiedy światowy system finansowy zaczął działać zupełnie bez odniesienia do kruszcu, choć przecież już wcześniej było ono tylko pozorne.
Dziś
Dzisiejsza zintegrowana sieć banków praktycznie wyklucza możliwość jednoczesnego „najazdu” tylu ogniw sieci, żeby banki mogły czuć się zagrożone. Tym bardziej, że klienci często zdają sobie sprawę z tego, że właściwie wszystkie waluty na świecie w tej chwili są pieniędzmi fiducjarnymi, tzn. niemającymi pokrycia w dobrach materialnych/konkretnej ilości kruszcu. Przymiotnik fiducjarny pochodzi od łacińskiego słowa fides oznaczającego wiarę i zaufanie. Brzmi to nieco cynicznie w kontekście sposobu, w jaki fakt ten powszechnie się wykorzystuje. Współczesne rządy przeważnie nakładają na sektor bankowy ograniczenia nazywane wymaganiami rezerw frakcyjnych. Pierwotnie stworzone jako stosunek ilości tworzonych pieniędzy do faktycznego pokrycia kruszcowego, dziś ustalają stosunek tworzenia nowych długów (czyli udzielania kredytów) do pieniędzy (fiducjarnych!) już posiadanych – od dawna bez pokrycia w kruszcach.
Banki w sposób praktycznie nieograniczony mogą mnożyć pieniądze ze współczynnikiem 9:1, a kolejne spłacone długi zwiększają tylko pulę zgarnianych zysków. Wymagania rezerw frakcyjnych są w wielu przypadkach znacznie wyższe niż 9:1, a banki połączono w system, w którym kredyt z jednego staje się depozytem w następnym, napędzając się zwrotnie w nieskończoność. Dla osób przekonanych, że pieniądze tworzą rządy należy się wyjaśnienie: owszem mają takie prawo, ale pieniądze rządowe stanowią ledwie 5% tworzonych na świecie, pozostałe 95% tworzą banki. Administracja państwowa w tym systemie obsługuje tak kosmiczne wysokości długu, że jej głównym zadaniem jest ściąganie podatków i próba opłacania kosztów obsługi długu publicznego, który rośnie… wszędzie. Natomiast przeciętny Kowalski, podpisując umowę hipoteki, często tkwi w przekonaniu, że pożyczył od banku posiadane przez niego pieniądze, a w rzeczywistości właśnie podarował mu dokument, który legalnie bank ten może zamienić na pieniądze. Zupełnie nowe, których przed paroma chwilami w systemie finansowym jeszcze nie było. W obiegu codziennie jest dokładnie o tyle pieniędzy więcej, na ile na całym świecie zaciągnięto zobowiązań kredytowych! Co więcej, gdyby wszystkie zobowiązania zostały spłacone, zdecydowana większość pieniędzy zniknęłaby z obiegu.
Aż 95% pieniędzy istniejących na świecie w rzeczywistości wyraża dług kredytobiorców. Powszechne przekonanie o tym, że spłacenie wszystkich długów doprowadziłoby do poprawienia sytuacji ekonomicznej jest błędne. Przecież jedną z przyczyn wielkiego kryzysu lat 30. był fakt, że masowo zaczęli znikać potencjalni pożyczkodawcy! Kiedy nie ma długu – nie ma 95% pieniędzy będących w światowym obiegu. Inaczej, banki mogą stworzyć dokładnie tyle pieniędzy, ile jesteśmy w stanie od nich pożyczyć! Jeśli nie byłoby kredytów – nie byłoby pieniędzy. Do myślenia dużo dają też publiczne wypowiedzi lub publikacje: „Jesteśmy kompletnie zależni od komercyjnych banków. Ktoś musi pożyczyć każdego dolara będącego w obiegu. Jeśli banki stworzą wystarczająco dużo sztucznych pieniędzy, cieszymy się bogactwem, jeśli nie – umieramy z głodu. Nie mamy trwałego systemu pieniężnego” – Robert K. Hemphill, kierownik działu kredytów Banku Rezerw Federalnych w Atlancie. „Obawiam się, że przeciętny obywatel, nie byłby zadowolony, dowiadując się, że bank tworzy pieniądze, a ci, którzy kontrolują kredyt państwa, mają nawet możliwość kierowania polityką rządów” – Reginald McKenna, były prezes Middland Bank of England. W jaki sposób można zaradzić tej absurdalnej sytuacji?
Naprawianie systemu
Wielu ekonomistów, którzy biją na alarm, mówiąc, w jaki sposób działa system pieniężny, twierdzi, że w obecnej sytuacji… nie da się go naprawić. Jego trwałość gwarantują ci, którzy najbardziej na nim tracą. Dorobek życia ludzi w każdym zakątku Ziemi, który wyrażają pieniądze, to coś, czego będą strzegli jak oka w głowie. To nie najbogatsi, ale najbiedniejsi przywiązują największe znaczenie do pieniędzy, a ktoś, kto próbuje im powiedzieć, że ich pieniądze nie są nic warte, nie byłby pewnie uznany za przyjaciela. Systemu nie da się też zmienić jakimikolwiek dostępnymi środkami prawnymi, bo to nie o detale w nim chodzi, ale o absolutną podstawę, której zmiana wywróciłaby funkcjonowanie światowej gospodarki do góry nogami i mogłaby spowodować konsekwencje większe niż tylko zmiana systemu finansowego.
Innymi słowy, system musiałby być zastąpiony przez zupełnie inny – przeciwnikami byliby nie tylko bankierzy chcący dalej zarabiać, kreując pieniądze z długów kredytobiorcy, ale również sami kredytobiorcy, którzy nie chcieliby pozwolić na odebranie sobie owoców swojej pracy, nie zdając sobie sprawy z tego, że w rzeczywistości jest nimi dług, a nie wartość.
HiArchiwumczne spojrzenie na przemiany systemu pieniężnego na świecie może też zwrócić uwagę na fakt, jak na przestrzeni dziejów zmieniał się światopogląd. Jeszcze w średniowieczu zarabianie z pożyczania pieniędzy, określane lichwą, było surowo wzbraniane zarówno przez prawo (często karane śmiercią!), jak i przez wszystkie funkcjonujące religie. Zarówno chrześcijaństwo, judaizm, islam, jak i hinduizm uznają zarabianie poprzez samo posiadanie pieniędzy za niemoralne. Temat podejmowany był przez papieży w dwudziestowiecznych encyklikach (m.in. Quadragesimo Anno) i zawsze rozpatrywany w ten sam sposób. Obecne trendy społeczne wskazują na coś odwrotnego – sytuacja, w której ktoś jest tak bogaty, że nie musi pracować, nie jest potępiana, a raczej uważana za wzór. Problem polega na tym, że często zarówno rentier, jak i dłużnicy nie zdają sobie sprawy z tego, że „pracujące pieniądze” to pracujące na ich właścicieli osoby faktycznie napędzające gospodarkę – nieadekwatnie opłacaną pracą, a nie kredytem.
LEON MEDZIŃSKI
źródło: Eurogospodarka nr 8/2012

