Zrodziło to oburzenie opinii publicznej i znów na „sejmowej wokandzie” pojawiła się sprawa, w której trudno wyrokować. Przewodnim tematem jest pytanie: „Brać czy nie brać?”. Trudno jest jednak być sędzią we własnej sprawie, bo tylko sami parlamentarzyści mogą sobie odjąć te skromne miliony złotych.
Zarówno polska inteligencja, jak i klasa robotnicza są podzielone w swoich opiniach co do tego, czy partie powinny być dotowane z budżetu. Z założenia państwowe wsparcie dla partii politycznych jest przede wszystkim po to, żeby odpędzić korupcję czy też nadmierny lobbing stojący na pograniczu korupcji. Czyli wydaje się, że założenie jest słuszne i takie źródło partyjnych finansów jest konieczne. Z drugiej s trony jesteśmy źli, że my, obywatele, sponsorujemy ludzi, którzy opierają swoje życie na fantazyjnej myśli politycznej inspirowanej także odrobiną blichtru. W partiach politycznych, które popieramy, szukamy ideałów i postaw mających być fundamentem ideologii zmierzającej do celu, jakim jest dobro społeczne, a nie dobro partii.
W Europie finansowanie partii politycznych ze środków budżetowych jest standardem. Polskie rozwiązania ustawowe w tej kwestii mają wysoką ocenę w Unii Europejskiej. Najgorszą unijną opinię mają Szwedzi. Tamtejsze społeczeństwo ma tak duże zaufanie do swoich polityków, że partyjne wydatki nie są kontrolowane. Szwedzkie prawo w tym przedmiocie niebawem także się zmieni. Polskim problemem nie powinno być to, czy dawać partiom pieniądze, czy nie dawać, ale zasadność etyczna partyjnych wydatków. Dlatego potrzebne są jasne wytyczne dla partii politycznych, na co nie powinny wydawać pieniędzy pochodzących z budżetu państwa.
Cały artykuł w numerze 8/2013 Eurogospodarki.

